Banisher [na krzywe drzewo Salomon nie naleje]

Banisher rodem z Rzeszowa wypuścił ostatnio dzięki Deformeathing Prod. nową płytę zatytułowaną „Oniric Delusions”, która jest niewątpliwie najbardziej dojrzałym dokonaniem tego zespołu. Nie mogę powiedzieć, że wcześniejsze płyty były chujowe albo coś w tym rodziaju, ale w mojej świadomości zapisywał się jedynie fakt ich istnienia, bo do nich po prostu nie wracałem. Najnowszy album zawiera jednak kompozycje na tak wysokim poziomie, że w przyjemnością odpalam je ponownie. Hubert, który jest głównym kompozytorem muzyki Banishera gra od jakiegoś czasu również w Decapitated, w związku z czym było trochę dodatkowych wątków do omówienia. 

Siemano Hubert, jak tam nastroje w zespole po wydaniu nowej płyty? Jak bardzo zadowalający jest dla Ciebie odzew na nią, a jak bardzo masz to w dupie? Macie jakieś konkretne oczekiwania wobec tego materiału czy raczej wasze podejście opiera się na tym co będzie, to będzie?

No witam. Odzew jest na pewno dużo większy niż się spodziewałem i bardziej owocny niż przy wydaniu „Scarcity”. Duża zasługa w tym Wojtka i Deformeathing Records, pomocny również jest dla nas nasz były wokalista Tytus ze swoim Unquiet Records. Informacje o płycie dosyć intensywnie krążyły w internetach, nawet na tych większych portalach, ciągle pojawiają się recenzje i wywiady w pismach i webzinach. Czuć, że płyta nie przeszła sobie gdzieś tam bokiem. Natomiast najbardziej cieszy mnie fakt, że „Oniric Delusions” przynosi sam pozytywny feedback, nawet od osób, które w życiu nie odpaliłyby podobnej muzy w swoim odtwarzaczu. Dużo to dla mnie znaczy, ponieważ wynika z tego, że płyta jest naprawdę bardzo dobra.

Jak długo powstawał materiał na „Oniric Delusions”? Skomponowanie których numerów zajęło Ci najwięcej czasu, a które były zrobione najszybciej?

Płyta powstała w ekspresowym wręcz tempie – napisanie wszystkich numerów na „Oniric” zajęło mi około pół roku. Normalnie trwa to około 3 lat. Nie wiem, które numery napisałem najszybciej, a z którymi się męczyłem dłużej. Ja mam tak, że nagle coś mi „pyknie”, siadam i piszę. Czasami mam tak, że budzę się w środku nocy, siadam do kompa i zapisuję/nagrywam riff, żeby go nie zapomnieć. Tak na przykład powstał końcowy fragment „The Fatal Parable of a Certain Mercenary” – czyli moim zdaniem najlepszego numeru na płycie. Czasami na przykład udaje mi się coś wymyśleć podczas lekcji, totalnie spontanicznie – wtedy przerywam, odpalam dyktafon i nagrywam. Mam na telefonie takich nagrywek około 30-40. W ten sposób powstały „Synthetic Euphoria” oraz „Confront the Mass”. A czasami po prostu siadam z wiosłem, zaczynam grać i coś z tego wychodzi. W czasie, gdy powstawał materiał na „Oniric” nie zajmowałem się praktycznie niczym oprócz udzielania lekcji oraz ciupania na wiośle, stąd pewnie „ekspresowe”, jak na mnie, tempo powstawania numerów.

Wydaje się, że bardzo dużo dała Banisherowi barwa i możliwości wokalisty. Muzyka nabrała dzięki temu agresywniejszego i przekonującego charakteru. Czy też odnosisz takie wrażenie? Swoją drogą jakie stosunki utrzymujesz z poprzednikami na tym stanowisku w Banisher?

Znalezienie zastępcy Tytusa zajęło nam prawie rok, ale warto było tyle czekać. Szczepan idealnie wpasował się w rolę piosenkarza w Banisher. Jak dobrze zauważyłeś, wokale na nowej płycie są bardzo agresywne, właśnie taki efekt chcieliśmy osiągnąć. Na poprzedniej płycie wokale były bardziej ekstremalne i pasowały do tamtego materiału. Z Tytusem utrzymujemy cały czas świetne stosunki, pomaga nam wciąż w wielu kwestiach, no i cały czas jest wydawcą poprzedniej płyty. Musimy mieć dobre stosunki ; )

Jesteś w stanie powiedzieć jak bardzo kosztowna była sesja nagraniowa do ostatniej płyty? Czy napotykaliście na jakieś znaczące problemy podczas jej przebiegu czy może wszystko szło jak należy i nie było takich momentów?

Sesja nagraniowa wyniosła nas około 6 tysięcy złotych i uważam, że jest to śmieszna cena jak za efekt, który udało nam się uzyskać na „Oniric Delusions”. Sesja w studio obejmowała nagrywanie bębnów, gitar, basu, mix i master. Tylko wokal był nagrywany w sali prób. Bez żadnych crowdfundingów, lamentów i biadolenia. Nagrywaliśmy płytę w takich warunkach, na jakie nas było stać i odkładaliśmy tyle papy, ile potrzeba nam było na nagrania. Nie liczę oczywiście dojazdów i różnych kosztów losowych, bo tego oczywiście też się trochę w sumie nazbierało. Ja na przykład, żeby to wszystko uciągnąć, sprzedałem jedną z gitar. Nagrywanie śladów szło raczej dosyć sprawnie, no ale nie ukrywajmy – nikt z nas nie jest z pierwszej łapanki. Najdłużej siedzieliśmy nad mixem i masterem. I w sumie ten mix i master był najbardziej problematyczny, bo wszystkie korekty wykonywaliśmy konsultując się mailowo – czyli dostajesz mix 1, słuchasz, odpisujesz maila z poprawkami, czekasz na mix 2… i tak aż nic już nie będzie źle. Doszliśmy chyba do mix9c.

Uwagę na płycie przykuwają solówki, mające dość progresywne zacięcie. Jakich solówkarzy darzysz największym szacunkiem? Gdybyś miał stworzyć powiedzmy top5 swoich ulubionych solówek, które pierwsze przyjdą Ci na myśl, jakie utwory byś wymienił?

Ciężko wybrać… Jeżeli miałbym wybierać tylko wśród wioślarzy poruszających się głównie w metalu, to pierwsze nazwiska, które mi w tym momencie przychodzą do głowy to Marty Friedman, Jeff Loomis, Dave Davidson, Eric Rutan, Dan Mongrain, Michael Keene… No i oczywiście Vogg.

Które zespoły z polskiej sceny darzysz największą sympatią, które są dla ciebie najwiekszym zaskoczeniem, a które z miejsca byś zaorał bądź określił jako przecenione?

Polska scena jest zajebista. Po prostu. Uwielbiam nasze bandy. Z ostatnich wydawnictw najbardziej siadły mi debiuty Outre i Shodan, świetna dwójka Dormant Ordeal i Embrional, ostatnie Blaze of Perdition, Antigama, Abusiveness. Nad zespołami których nie lubię, są przeceniane bądź bym z miejsca zaorał nie będę się rozpisywał, bo nie ma sensu poświęcać im czasu ani atencji.

Czy doświadczenie zdobyte w Decapitated, wgląd na to jak ten zespół wygląda od kuchni – pod kątem jego zarządzania, pomaga Ci obecnie bądź Twoim zdaniem zaprocentuje w przyszłości w prowadzeniu Banishera? I w jakich aspektach?

Wszystko, czego się nauczyłem oraz uczę w Decap przyniesie mi w przyszłości same korzyści, w każdym aspekcie.

Czy są numery, których próbowałeś się nauczyć, ale do dzisiaj nie udało Ci się ich opanować? Albo jakieś fragmenty, na które musiałeś poświęcić nadzwyczajnie dużo czasu?

Czasami mam zajawkę, by wrócić do takich „niezamkniętych tematów”, ale wolę się skoncentrować nad pisaniem muzy lub samodoskonaleniem własnego warsztatu i muzykalności, co de facto wiąże się to często z rozpracowywaniem szkółek gitarowych czy też fragmentów różnych utworów. Ale tak, żebym sobie powiedział: „ok, dzisiaj siądziesz i zrobisz całe „For the Love of God” Vaia”, to nie miałem już od dłuższego czasu.

Zapytam teraz o sprawy związane z Twoim dołączeniem do Decapitated. Czy po wejściu w szeregi zespołu poczułeś, że warto było wytrwale dłubać w tych strunach tyle lat, aby w konsekwencji zasilić jedną ze swoich ulubionych kapel (bo jak mniemam tak było)? Czy granie w Decapitated traktujesz jako spełnienie jednego ze swoich muzycznych marzeń?

Oczywiście, że tak! Warto było przejść na prawdę ciężką drogę przez te ponad 15 lat, żeby zebrać tak dorodne żniwa. Nie ma sensu się tutaj rozpisywać, jak to nie miałem ciężko, ile tysięcy kłód pod nogami musiałem obejść i przeskoczyć, by w końcu się to udało, natomiast wiem jedno – że bycie upartym skurwysynem, wiara w to co się robi, robienie tego najlepiej, jak się potrafi (przy odrobinie szczęścia) kiedyś w końcu się opłaci. U jednych potrwa to 30 lat, u innych 5, mi udało się po 15.

Ciężko Ci się było przestawić na bas w Decapitated? Nie było nigdy takiego pomysłu, żebyś wskoczył tam na drugą gitarę?

Druga gitara w Decapitated raczej się nigdy nie wydarzy. A żeby dojść do ładu z instrumentem, potrzebowałem około pół roku. Oczywiście nie chodzi mi tutaj o naukę od zera, bo sroce spod ogona nie wypadłem i jakby nie patrzeć w przeszłości miałem kontakt z tym instrumentem, chociażby przy nagrywaniu wszystkich płyt Banisher. Chodzi tutaj już raczej o bardziej szczegółowe rzeczy, których na pierwszy rzut oka (ucha?) nie widać.

Czy robisz coś teraz poza graniem w Decapitated? Czy musisz imać się jakichś innych zajęć, aby się utrzymać, czy może cała Twoja energia jest skierowana na ten zespół?

Oprócz udzielania dorywczo lekcji gitarowych, koncentruje się tylko na Decapitated, Banisher i Redemptor oraz na samodoskonaleniu własnego warsztatu.

Które kraje, jakie udało Ci się odwiedzić z Decapitated, lub zwyczaje ich mieszkańców były dla Ciebie największym zaskoczeniem?
Chyba Kolumbia i Rosja. Jeszcze wiele zwiedzania przede mną i z Decap zobaczę pewnie wiele, jednak największe wrażenie i zaskoczenie zrobiły na mnie wyprawy z Banisher do Egiptu i na Ukrainę.

Zauważyłem, że nie wszystkim przypadła do gustu okładka „Oniric Delusion”. Kto był jej pomysłodawcą i jak się ona ma do całego konceptu płyty?

Osobiście spotkałem się może z trzema grymasami. Autorem okładki jest Piotr „Astmol” Zając. Teksty na „Oniric Delusions” dotyczą tematów nocnych marów i wpływu podświadomości na ludzkie życie. To ona sprawia, że odczuwamy niepokój, strach, skłania nas do czynienia zła lub dobra i kształtuje naszą osobowość. Na okładce „Oniric Delusions” można dostrzec otoczoną białą aurą postać, która symbolizuje nowonarodzoną, nieskażoną świadomość człowieka. Natomiast z drugiej strony pokazany jest twór, który oznacza wszystkie nasze lęki, nienawiść. Każdy negatywny aspekt, który czyni nas tym czym jesteśmy. Konfrontacja tych dwóch metaforycznych postaci jest tym co kształtuje nas, jako istoty ludzkie.

15271779_1369626406416041_3433777208544414596_oCzy podczas tras koncertowych zaobserwowałeś jakieś niecodzienne zwyczaje poszczególnych muzyków, z którymi jeździliście w trasy?

Każdy ma jakieś swoje „odchyły”. Ja na przykład nienawidzę wstawać rano i często wolę po prostu nie spać w nocy tylko „dociągnąć” do godziny wyjazdu i spać w busie/samolocie/pociągu. Dla wielu osób pewnie niecodziennym zwyczajem muzyków (a są tacy) będzie bycie grzecznym, ułożonym chłopcem, który przed koncertem siedzi sobie przed laptopem, a po koncercie zwija majdan i idzie grzecznie spać (cytując klasyka: „nie o taki metal walczyłem!”), zamiast przeżywać niezapomniane chwile podczas imprez na backstage’u z muzykami Motorhead ; ) . Aczkolwiek znam tez takich, którzy po koncercie dają się ponieść imprezie, robią brzydkie rzeczy tudzież psikusy w postaci układania tetrisa na środku pokoju hotelowego z mebli, tłumacząc swoje poczynania tym, że „jego ojciec jest budowlańcem i on wie, co robi” : ) . Oczywiście najbardziej zabójczą bronią na takich imprezach jest marker wodoodporny. O tych bardziej ekstremalnych przygodach oczywiście nie będę wspominał.

Czy masz jeszcze czas na udzielanie lekcji? Zdarzyło Ci się edukować jakichś krnąbrnych lub niereformowalnych gości? W jakich momentach tej pracy czułeś największą satysfakcję?

Mam coraz mniej czasu na edukowanie młodych padawanów gitary, aczkolwiek jeśli mam dłuższe przerwy od koncertowania to oczywiście bardzo chętnie takich lekcji udzielam. Z uczniami bywa różnie. Są tacy, u których na pierwszy rzut oka widać potencjał, a są tacy, którym dziękuję już po paru razach, bo szkoda mojego czasu i czyichś pieniędzy. Najwięcej frajdy sprawiają uczniowie, którzy bardzo szybko się rozwijają, albo tacy, którzy są sprytni, muzykalni i potrafią zrobić coś swojego. Miałem pod swoimi skrzydłami kiedyś takiego smyka, może z 8-9 letniego, który powoli ale dosyć sprawnie radził sobie z instrumentem, natomiast gdy pewnego razu przyszedłem do niego na lekcję, a ten wyskoczył do mnie z tekstem „pse Pana, a ja wymyśliłem se piosenkę”, to mi urwało śmigło. Bo mimo iż piosenka nie była nadzwyczajnie zaawansowana technicznie, to ten bajtel zmajstrował z rzeczy które tam sobie ćwiczyliśmy na prawdę fajny numer. Wracając do domu wycinałem hołubce z zadowolenia ; )

W wywiadzie dla Gitarzysty powiedziałeś, że najlepiej byłoby gdyby gitarzyści uczęszczali na lekcje gry na swoim instrumencie, ponieważ w odmiennym wypadku mogą wykształcić u siebie złe nawyki. Jakie są te złe nawyki, które notorycznie zdarza Ci się zauważać u gitarzystów?

Prawa łapa. Na tym wykłada się 95% wioślarzy. Sam się na tym przejechałem. Dopiero po 10 latach grania sprytniejszy i sprawniejszy technicznie kolega Jacek Hiro pokazał mi, jak powinno się prawidłowo wycinać komary. Wiesz, to jest tak, że wydaje Ci się, że piłujesz tam po swojemu te wiertary udarowo z łokcia, ale w pewnym momencie dochodzisz do zbrojenia w ścianie i już dalej po prostu to nie pójdzie. No i po kilku latach wiercenia, trzeba wiercić nową dziurę, w sensie, że uczyć się wszystkiego od nowa. Tylko po co, skoro można to robić od razu poprawnie i nie tracić czasu? Czasami warto przełknąć swoje „ego” i pójść do kogoś lepszego podpatrzeć jak powinno się grać. Nikomu to jeszcze nie wyszło na złe, raczej wychodzi się z oczami jak pięciozłotówki, durnym wyrazem twarzy i konsternacją, że „to tak można?”.

Death metal, jaki tworzysz w Banisher jest bardzo techniczny, co nie dziwi biorąc pod uwagę twoje wykształcenie muzyczne. Jak bardzo Twoim zdaniem braki w stronie technicznej grania na gitarze ograniczają wydobycie tego, co produkuje wyobraźnia muzyka?

W bardzo znaczącej mierze. W zasadzie całkowicie. Na krzywe drzewo nawet Salomon nie naleje. Możesz mieć tysiące pomysłów w głowie i mogą one być fantastyczne, ale co z tego, jeśli nie potrafisz ich przenieść na instrument? Ja od bardzo dawna powtarzam, że technika gry na instrumencie służy tylko temu, by być w stanie zagrać dokładnie to, co chce się zagrać, nie jest natomiast celem sama w sobie. O czym wielu muzyków niestety zapomina. Masz być na tyle sprawny technicznie, by zagrać to co chcesz, a nie wykorzystywać technikę w celach onanistycznych jako kompozytor.

 No i na koniec nie mogę nie zapytać z jakiego powodu nie umieściliście na płycie hidden tracku z genialnym featuringiem Borysa Naumiuka? Mam nadzieję, że mimo wszystko będziecie wykonywać ten numer przynajmniej na żywo.

Z bardzo prostego powodu – trolling i durne żarty nie mogą iść w jednej linii z muzyką i zespołem. Takie bzdury mogę sobie robić prywatnie bądź w internetach (choć wiem, że nie powinienem) ze znajomymi jako ja, a nie jako band. Zespół to zespół, a moje prywatne heheszki to moja sprawa i nie należy tego mylić ani łączyć. Choć nie ukrywam, że bawiłem się przy tej całej historii (zresztą nie tylko ja) znakomicie : )

Od zawsze na zawsze, eleganckie zachowanie. A nie w chuja granie, zyski równo rozliczane. Przekaz hula, dobra morda kuma, kto nie kuma no to rura.

NO COMMENTS

Leave a Reply