Brutal Assault 2016

Długo nam zeszło z tą relacją. W końcu się udało i macie przed sobą obszerny pamiętnik dotyczący ostatniej edycji Brutal Assault. Sami się nie spodziewaliśmy, że wyjdą nam 22 strony w Wordzie, ale najwyraźniej lubimy pisać długo, rozwlekle i na raty. Takie życie.  Cieszymy się jednak, że w końcu udało się nasze myśli i wrażenia przelać na literki. Raport jest dwuczęściowy, najsampierw oddajmy głos Marshallowi:

Tegoroczna, 21-sza edycja festiwalu Brutal Assault, była dla mnie pierwszą po edycji 13-stej z 2008-mego roku. Minęło dobre 8 lat, ja się zmieniłem, tak i zmienił się festiwal, bo w końcu „The more things change the more they stay the same”.

Czy to wydarzenie zmieniło się na lepsze? Jest to kwestia subiektywna, można na ten temat dyskutować, ale na pewno faktem jest że festiwal urósł rozmiarami do naprawdę dużego wydarzenia. W roku 2008 był to już całkiem spory festiwal,  gościły na nim duże nazwy i gromadził naprawdę sporo fanów. W tym roku sprawiał wrażenie jakby dobijał powoli do granicy swej przepustowości, jeżeli chodzi o ilość ludzi jaką może pomieścić. Jeżeli kolejne edycje mają odbywać się w tym jakże klimatycznym miejscu, jakim jest twierdza Josefov, na prawdę niewiele więcej ludzi powinno mieć możliwość zakupienia biletu, w stosunku do tego jak było w tym roku – przez większość czasu teren festiwalu jak i miasteczko wokół niego były po prostu zatłoczone. Co prawda teren festiwalu jak zauważyłem z roku na rok jest rozszerzany o co raz większe i nieznane dotąd przestrzenie a pomimo tego, efektu przeludnienia nie da się nie zauważyć. BA wciąż pozostaje jednym z bardziej kameralnych festiwali w porównaniu do takich jak np. francuski Hellfest, czy niemiecki Wacken i nie wykluczone że to jest właśnie aspekt który ciągle przyciąga więcej ludzi.

Dzień 1

Dla mnie doświadczenia z A.D. 2008 były jak najbardziej pozytywne, a w tym roku nie spodziewałem się zebrać innych. Na festiwal dotarłem z ekipą Kwiecia, którego coś zatrzymało i dotarł do nas później, co w pewnym sensie dało mi okazję do niezależnego zapoznania się z nowymi mordami. Cała trasa była mocno integracyjna, a kierowca okazał się bardzo wytrzymały, ostro cisnąc furę aż dotarliśmy na miejsce. Przyjechaliśmy rankiem, pierwszego dnia festiwalu, a z miejscem do zaparkowania samochodu już było krucho. Zostawiliśmy samochód najbliżej twierdzy jak tylko się dało, choć objechaliśmy teren solidnie żeby je znaleźć. W pierwszej kolejności zaczęło sowicie lać deszczem. Przeczekaliśmy tą sytuację w aucie, w doborowym towarzystwie Johnniego Walkera, którym zostałem poczęstowany przez towarzyszy – Jasiek Wędrownik przegonił chmury i zabraliśmy się za szukanie miejsca na namiot. Udało się w dość nietypowym miejscu, choć bardzo blisko głównego wejścia na teren festiwalu. Nie było pewne jak to miejsce się sprawdzi, ale okazało się idealne – było wygodnie, sucho, wszędzie blisko, a do tego nawet z namiotu można było całkiem nieźle nasłuchiwać co aktualnie dzieje się na jednej z głównych scen.

Niestety muszę teraz wspomnieć o największej wtopie jaką ekipa BA zaliczyła od razu na wejściu. Ok. godziny 14-stej wybrałem się w stronę bramek, żeby bezpiecznie zdążyć wejść na teren festiwalu i zobaczyć jedne z pierwszych kapel. Musiałem jedynie załatwić temat akredytacji co wydawało się być szybką i lekką formalnością. Całe szczęście, że miałem ze sobą niezbędnik, bo gdyby nie on, to nie wiem czy bym nie zrezygnował i zamiast sterczeć w kolejce poszedł spać aż ten absurd się skończy. Kolejka od bramek sięgała aż do głównej ulicy dzielnicy Jaromera, w której mieści się twierdza czyli miała długość jakoś między 150-250m jak sądzę. Na całe szczęście kolejka do akredytacji była krótsza i węższa, niemniej jednak stanąłem na jej końcu ok. 14:30 i udało mi się stojąc w niej wypić i wypalić tyle, że kilka razy zasnąłem – dobrze, że dobrzy ludzie z którymi zgadałem się wcześniej, kojarzyli mnie i nie robili problemu z opóźnioną i pofragmentowaną synchronizacją miejsca w kolejce. Jednym z dań głównych tego dnia był dla mnie DevilDriver – gdybym nie mógł obejrzeć tego koncertu przez tą całą sytuację na wejściu to naprawdę bym się wk*rwił – w momencie kiedy przekraczałem bramki słychać już było rozwścieczony głos Dez’a Fafara’y z Jägermeister Stage -1szej z 2óch głównych scen festiwalu. Była godzina 18:30…

Trzeba wspomnieć o rzekomych przyczynach całego nieporozumienia jakim były ekstremalnie długie kolejki i poirytowany, moknący w nich na deszczu tłum ludzi. Na oficjalnej stronie BA na portalu facebook.com, można było przeczytać wyjaśnienia. W tym roku wprowadzono ponoć nowoczesny (wszakże nowoczesny powinien znaczyć tyle co usprawniony i przyspieszony) system – koniec z papierowymi kuponami. Tym razem trzeba było założyć opaskę z chip’em , który rejestruje każde wyjście i wejście na teren oraz pełni funkcję czegoś na wzór paypass’a – czyli kredytowej karty zbliżeniowej. Dodatkowo ludzie nie mających wydrukowanych biletów mieli jeszcze większy kłopot, gdyż na miejscu był problem z drukarką i czytnikami do skanowania kodów bezpośrednio z ekranu smartphone’a czy innego ustrojstwa do tego przystosowanego, co w rezultacie poskutkowało niewyobrażalnymi wręcz opóźnieniami. Niestety, bo takie są fakty, nie udało się wprowadzić nowości bezboleśnie – oby to doświadczenie wyeliminowało ewentualność jego powtórzenia w przyszłym roku. Kojarzy mi się setka historii o tym jak GPS w zastępstwie tradycyjnej mapy prowadzi ludzi na manowce. Tym razem próba zastąpienia zwyczajnych form wpuszczania ludzi na festiwal tymi wykorzystującymi nowsze technologie, niestety była bardzo nieudana.

DevilDriver

Wracając do tego co najważniejsze czyli koncertów, tak się składa że ze względu na ulewny deszcz, odpuściłem sobie buty, naiwnie myśląc że zdążę spokojnie załatwić formalności i obrócić jeszcze do namiotu żeby się osuszyć (w trakcie stania w kolejce znów się rozpadało) i założyć buty. Niestety nie udało się to i byłem wystarczająco ogłupiony różnego rodzaju substancjami takimi jak deszcz, tlen, etc. (wiadomo o co chodzi, jesteśmy w Czechach) żeby na właśnie rozkręcające się pogo/mosh pod sceną na której gościł DevilDriver wbić… boso. Lidera DevilDriver kojarzę z czasów sprzed gimnazjum kiedy to miałem jakieś 11, czy 12 lat. Byłem wtedy rosnącym fanem ogólnie pojętego metalu i już wtedy namiętnie zasłuchiwałem się w albumach grupy pod nazwą Coal Chamber. DevilDriver z 2uch pierwszych płyt oraz „Winter Kills”, na prawdę bardzo mi się podoba. W końcu sam Phill Anselmo o tej grupie wypowiedział się kiedyś, że jest to jedyny znany mu, godny następca Pantery. Zdecydowanie główną rolę gra tutaj Dez Fafara, co rzuciło mi się w oczy rozpoznając tylko jego i gitarzystę z oryginalnego składu. On jest w tej kapeli po prostu bossem – jego wokal i charyzma same za siebie przemawiają. Koncert był intensywny, a ja w deszczu i na bosaka nie mogłem oprzeć się potrzebie wirowania w młynie metalowców. W tym roku stało się ze mną coś dziwnego i pierwsze przejawy tego nawiedziły mnie właśnie pod koniec koncertu DevilDriver’a. Kiedy zagrali „Sail” – co było dla mnie niespodziewane bo nie ogarniałem ich setlist z ostatnich lat – łzy do oczu napłynęły mi ze wzruszenia, sam już nie wiem czy aż tak epicko zagrany był to numer, czy moje wspomnienia związane z tym utworem jak i jego pierwowzorem miały tutaj wpływ, czy to żeński wokal z playbacku, no i w końcu sytuacja życiowa która mocno się pogmatwała tego roku – w każdym razie na pewno musiał to być też Johnny Walker. Tak czy inaczej popłakałem się, kropka. Do tego pocisk Dez’a w stronę „big pharma” pod koniec, był dobrym odniesieniem do tekstu tego numeru. Ostatni kawałek jakim był „Meet the Wretched” już całkowicie (przepraszam za wyrażenia) wyjebał mi kory i totalnie rozpierdoliłem się pod sceną, ze stóp lała się krew, a zespół miał ubaw z ich widoku, kiedy surfowałem na rękach tłumu w jego stronę. Trzeba więc przyznać że wjazd na festiwal był srogi – wszystko zaczęło się tak jak powinno – brutalnie i z odpowiednią pizdą. Krew na nogach, alkohol w żyłach i to wszystko pod deszczowym prysznicem.

Mastodon

Po tym mocnym strzale trochę się musiałem ogarnąć, żeby móc w pełni gotowości przystąpić do koncertu potężnego Mastodon. To jest zespół, który dawał o sobie znać moim uszom od jakiegoś czasu i mocno mnie intrygował z różnym skutkiem, aż do momentu jak w moje urodziny końcem marca, urządziłem sobie niezłego psychodelicznego trip’a w komorze deprywacji sensorycznej. Dokładnie po pełnym, 26stym okrążeniu wokół słońca, od kiedy zostałem wyparty z łona matki, po ekstremalnie odjechanym doświadczeniu, wyszedłem z wyżej wspomnianej komory jak nowonarodzony człowiek i nieustannie kręcił mi się w głowie tytuł najnowszego wydawnictwa Mastodon – „Once More Around The Sun”. Natychmiast po powrocie do domu odpaliłem krążek i płyta wciągnęła mnie jak czarna dziura. Przez kolejne miesiące, w zasadzie aż do koncertu Mastodon na BA, nie było dnia w którym nie posłuchałbym „Thread Lightly”, „Motherload” lub „Ember City” przynajmniej raz. Tu znów nie bez znaczenia jest to, że mocno angażuję się w teksty i to jak odbieram muzykę jest ściśle związane z tym co w danym momencie dzieje się w moim życiu. Wobec tego na koncert ten czekałem z ogromnym podnieceniem i ekscytacją – zadbałem o to żeby być w pełni sił i z otwartą głową, żeby móc świadomie chłonąć wszystko co ma się wydarzyć. Czekałem niecierpliwie przystając z nogi na nogę, aż nagle intro zaczęło rozbrzmiewać z systemu nagłośnienia. Członkowie zespołu całą grupą weszli na drugą z 2uch głównych scenę Metalshop Stage i zaczęło się. Utwór za utworem pogłębiało się we mnie uczucie ulotności tej krótkiej chwili, która chciałbym, żeby mogła trwać wiecznie. Nie jestem w stanie tego opisać, byłem po prostu rozjebany – Mastodon to zespół który swoim charakterem i niebywałym wręcz profesjonalizmem i wynikającą z niego pewnością siebie na scenie, wymiata wszystko co widziałem do tej pory na żywca – a trochę już tego było. Domyślam się, że wiele osób może postrzegać to inaczej, ale dla mnie, każdy z muzyków Mastodon jest absolutnym, niezwykle utalentowanym artystą – razem tworzą zespół, który na scenie czuje się oszałamiająco swobodnie i do tego robi wrażenie jednego z tych klasycznych zespołów lat 70tych. Mają w sobie charakterystyczny dla zespołów z tamtych lat hippisowski feeling, a do tego dosłownie NAPIERDALAJĄ swój progresywny, zaawansowany kompozycyjnie i technicznie metal/rock, w luzackim, niepowtarzalnym stylu. To wszystko bardzo rzetelnie i perfekcyjnie zagrane, ze smakiem i wcześniej wspomnianą, niezachwianą pewnością siebie. Nawet fakt, że wokale nie były idealnie odśpiewane jak z płyty, właściwie podkreśla profesjonalizm i prawdziwość tego muzycznego tytana. Wierność ideałom, bo w końcu sztuka to nie produkt, ale przeżycie, uczucia i magia chwili razem zaklęte w czasie, chwili która rozpoczyna się, trwa i bezpowrotnie przemija. Wielkie uczucie nostalgii – to chyba to co czułem przede wszystkim i znów byłem bliski łez (sic!). Serio, straszny ze mnie wrażliwiec się zrobił w ostatnich miesiącach, ale przestałem już z tym walczyć – przynajmniej wiem że jestem żywym, czującym człowiekiem, a nie jakimś pierdolonym robotem.

Podsumowując dzień pierwszy, przez te jebane bramki, Vector i Goatwhore przepadły bezpowrotnie – obydwu kapel nie znałem dobrze wcześniej, ale byłem ciekaw co pokażą na żywo, a po samym Mastodon nie było co po mnie zbierać – byłem po prostu oszołomiony i nie mogłem wyjść z podziwu więc odpuściłem resztę koncertów. Mutoid Man na nowości jaką była w tym roku alternatywna scena Oriental Stage, zapowiadał się bardzo ciekawie, ale nie ogarniałem po prostu rzeczywistości po takiej dawce wrażeń. Przez cały fest słyszałem ludzi wrzeszczących fanatycznie nazwę „ABBATH”! Które grało po Mastodon jakiś tam black metal, ale to nie moja para kaloszy, choć naprawdę proszę mi wierzyć, dużą szansę dałem temu gatunkowi muzycznemu w kolejnych dniach festiwalu.

 

Dzień 2

 

Antigama

No tutaj naprawdę musze powiedzieć, że dzięki chłopakom z Antigamy, czuję się dumny z bycia Polakiem, a tak na serio to Panowie zajebali jeden z lepszych koncertów jakie widziałem w życiu i jeden z najlepszych jakie widziałem na tym festiwalu. Pełen profesjonalizm, grindcore-owy szyk, podany w bezprecedensowym akcie muzycznej przemocy, bez pierdolenia o Szopenie – prosto w ryj – mocno – tak jak lubię. Ludzie byli pod ogromnym wrażeniem, a polskie flagi niczym skrzydła orła białego trzepotały nad ich głowami, co tu dużo gadać, tego trzeba doświadczyć – nie przegapcie Antigamy na nadchodzącej trasie na 20sto lecie Decapitated – Antigama to absolutny sceniczny szaleniec, którego aż miło oglądać w akcji. Jedyne czego brakuje jej członkom to kaftanów, ale wtedy nie mogliby grać. Duma rozpierała mnie, aż nie wróciłem znów do Polski…

Animals as Leaders

Może coś ze mną nie tak, nie wiem, ale ten band był dla mnie kolejnym wyciskaczem łez. Oczywiście nie przez cały koncert, ale znaczną jego część, zwłaszcza początek i koniec. Dźwięki płynące ze sceny poruszały mnie tak głęboko, że normalnie zapominałem że stoję w tłumie, którego przeważającą część stanowiła banda zatwardziałych, brodatych metaluchów i kiedy przychodziło wzruszenie, pozwalałem mu płynąć przez uszy do serca, potem z serca do oczu i wypływać razem ze łzami. Piękne przeżycie – Animals as Leaders nie jest zespołem który bardzo dobrze wpasowuje się w klimat tego festiwalu, podobnie jak parę innych które są w nurcie w jakim płynie ich muzyka, jednak przyciągnął on jeden z największych tłumów i miał świetne przyjęcie. Zauważyłem to nawet pomimo tego, że większą część ich występu z zamkniętymi oczami i podniesioną głową przyglądałem się tej wielobarwnej, przestrzennej muzyce, która jak na harfie grała na moich emocjach. Bardzo podobały mi się wariacje i improwizacje bardzo zgrabnie i misternie wplecione w utwory, które znalazły się na setliście – wyborne, wykwitnie podane muzyczne danie dla prawdziwych koneserów progresywnego grania. Dla niewtajemniczonych dodam, że jak dotąd, podobnie jak Intervals, o którym mowa za chwilę, jest to zespół wyłącznie instrumentalny i wszystkie te wrażenia i odczucia które przeżywałem, zaistniały bez udziału rozemocjonowanego, lub jakiegokolwiek wokalisty.

Jako ciekawostkę dodam, że miałem ochotę po tym występie przejść się na ‘meet and greet’, przybić Tosin’owi i spółce po solidnej piątce, ale miałem szczęście spotkać Abasi’ego na drodze na scenę Metalgate, żeby zobaczyć drugą połowę koncertu Intervals, z którego ten właśnie akurat wracał na backstage. Przeprosiłem go i spytałem, czy mogę zająć chwilę. Był bardzo otwarty i przyjazny, uścisnęliśmy dłonie i po prostu miałem okazję mu podziękować za muzykę którą tworzy z zespołem, szczerze się ucieszył i zapewnił, że więcej muzyki jest w drodze, co w zamian bardzo ucieszyło mnie – było to krótkie ale znamienite spotkanie – miałem okazję poczuć jaki jest to zajebisty, uprzejmy i bardzo sympatyczny facet, taki ktoś kto w oczach ma rzadko spotykaną i przenikliwą mądrość. Czułem że nic więcej nie ma sensu mówić, w paru zdaniach powiedzieliśmy wszystko co było do powiedzenia i doskonale się zrozumieliśmy.

Nie można nie wspomnieć o brawurowych występach Aborted i The Black Dhalia Murder, ale wiele więcej prócz wspomnienia o nich nie zaprezentuję. To po prostu były bardzo dobre koncerty. Solidne łojenie w pakiecie z porządnym mieleniem. W obu przypadkach wszyscy członkowie obydwu kapel stanęli na wysokości zadania i w obydwu przypadkach zdecydowanie na wyróżnienie zasługują wokaliści. W szczególności ten z Aborted – co ma chłop wyziew to głowa mała – nie do opisania, jak gdzieś w Polsce się pojawią na żywca, to będę mocno się starał na tym koncercie być. Klasa sama w sobie, aż morda mi się sama wykrzywia w uśmiech jak przypominam sobie te koncerty.

Intervals, Tesseract

Drugą połowę Intervals oglądałem z zaciekawieniem, a pod koniec nawet wciągnąłem się w wesoły skaczący tłum. Muzyka była bardzo pozytywna, muzycy uśmiechnięci i po prostu radośni, weseli, żywi! – kurwa jak mi tego brakowało na poprzedniej edycji! – wszędzie pełno wkurwionych „złych” metalowców, którzy muszą być tak bardzo prawdziwi i nikczemni że mało się nie zesrają – na tegorocznej edycji było inaczej. Miałem wrażenie, że jest o wiele więcej luzu, swobody w komunikacji między ludźmi, no bo o to w końcu chodzi w festiwalach, żeby się łączyć ze sobą, a nie dzielić i izolować za fasadą fałszywych postaw, wymuszonych przez ideologię czy przynależność do konkretnej subkultury – ja osobiście, żeby nie było, chuj na to kładę i jeżdżę na takie festy żeby się nacieszyć dobrą zabawą razem z ludźmi – na Intervals było można to zrobić na całej linii. Wszyscy wokół uśmiechnięci i zadowoleni i o to chodzi! Bardzo duży plus za ten występ, bo muzycznie był równie dobry jak zabawa przy nim. Potem dałem dupy i przegapiłem October Tide, bo nie zerknąłem na line-up i poszedłem w euforii coś zeżreć bo byłem głodny – mój błąd. Wróciłem za to na Tesseract i tutaj dobrze się to zgrało z występami Animals as Leaders i Intervals bo każdą z tych formacji łączą jakieś wspólne cechy. Wokalista Tesseract robił wrażenie dając radę na żywo ogarnąć to swoje śpiewanie, momentami przerywane growlem. Całościowo nie do końca mnie przekonali, ale wytrwałem do końca i nie żałuję – warto było.

Gojira

Trzeba było odpuścić Ahumado Granujo na rzecz Gojiry, którą miałem już raz okazję widzieć na Impact Festival w Łodzi, rok wcześniej. Mieszane uczucia. Chyba przez to jak ogromne wrażenie wywarli na mnie w Atlas Arena, na Brutalu wypadli nieco biedniej i jakoś tak jakby, bez przekonania – odjebali naprawdę dobrą sztukę, żeby nikt mnie źle nie zrozumiał – ale no właśnie… tak jakby >odjebali<. Ogólnie jako zespół, bo indywidualnie, bębniarz z basistą bez zarzutu jeśli chodzi o zaangażowanie. Po prostu czegoś mi tutaj brakowało, sam nie wiem – ciężko jest zidentyfikować ten problem jaki miałem z odbiorem tego gigu, ale jak na Flying Whales w powietrzu pojawiły się dmuchane delfiny i wieloryby (takie basenowe zabawki do pływania), od razu wpadł mi do głowy  genialny pomysł, żeby dosiąść jednego z nich i jak nie trudno się domyślić, nie byłem w tym odosobniony. Ten aspekt koncertu to była akurat dla mnie prawdziwa frajda, bo choć mam wrażenie że szybko się starzeję, to poczułem się bardzo młodo – w końcu to głównie kwestia mentalności. Czułem się świetnie, jakbym z 10 lat się odmłodził – jestem crowdsurfer’em z zamiłowania, więc udało mi się przeżyć kolejną chwilę, w której byłem tylko ja i doświadczenie – muzyka, światła i ludzie niosący mnie w kierunku dmuchanego walenia i już prawie byłem na jego grzbiecie i już na nim siedziałem, kiedy wraz z nim runąłem w dół i zawisnąłem do góry nogami na jakieś pół utworu, z głową na wysokości kolan otaczających mnie w ścisku ludzi. Do prawdy było to bardzo komedio-dramatyczne przeżycie. Potem zagrali jeszcze kilka petard i cieszyło mnie to, że Joe podołał temu występowi do końca bo już po 2-3 numerach otwarcie narzekał na problemy z gardłem, co wydało mi się nieco nieprofesjonalne. Gdyby o tym nie wspomniał, pewnie nawet nie zwróciłbym na to uwagi, bo choć mówiąc pomiędzy utworami był lekko zachrypnięty, to odśpiewane było wszystko elegancko, bez zarzutu z charakterystyczną dla niego manierą. Możliwe że problem z gardłem wpłynął na setlistę? Trzeba by było o to spytać Joe’a. Generalnie koncert mnie nie zachwycił, ale był na pewno na bardzo dobrym poziomie. Ludzie mnie otaczający byli pod wielkim wrażeniem kiedy koncert się skończył. Gdy oglądałem nagrania po powrocie do domu, sam się sobie dziwiłem, że tak to odbierałem na żywo – może już byłem trochę zmęczony? Pewnie bym zwalił na zmęczenie, gdyby nie kolejny koncert który przyszło mi zobaczyć…

Ministry

Koncert Ministry ustawiłbym w kwalifikacji generalnej, niemalże ex aequo z występem Mastodon. To był cios, weterani industrialnej nuty bardzo mnie zaangażowali w to co na scenie się działo. Ciągła projekcja w tle, doskonałe światła, świetne brzmienie, wokal Al’a Jourgensen’a, który jest jednym z moich faworytów jeżeli chodzi o ekstremalne formy śpiewania… Nie znam dyskografii Ministry w całości, choć z czasem na pewno to nadrobię, ale nie było to konieczne do tego żeby ten koncert słuchać i oglądać tak jakbym dobrze znał materiał z płyt. Wchodziło mi to bez przystawki, bez znieczulenia, gładko, lekko i przyjemnie, a jednocześnie z łomotem przypominającym soniczny gwałt, tak jakby był to muzyczny sadomasochizm, bo jednak, paradoksalnie muzykę Ministry do lekkich i przyjemnych ciężko zaliczyć. Nie wiele więcej można dodać, bo podobnie jak w przypadku Antigamy – można mówić o tym jak ktoś cię porządnie wychłostał, albo o tym jakie cudowne rżnięcie się przeżyło ostatniej nocy – ale to trzeba na własnej skórze poczuć, żeby wiedzieć o co chodzi – dlatego szczerze polecam – Ministry to według mnie kapela, którą po prostu trzeba zobaczyć chociaż raz – okazja powinna się jeszcze nadarzyć, bo muzycy Ministry choć w większości są już nieco przerobieni, to wciąż w bardzo dobrej formie scenicznej.

Na koniec dnia z pewną dozą nadziei postaliśmy z ekipą na Parkway Drive, żeby stwierdzić po paru numerach, że strasznie się to zmainstream’owało i gra to to prawie tylko nowe rzeczy, a przesadne efekciarstwo na scenie z słupami świateł i niedokładnie zsynchronizowanymi wybuchami ognia sprawiły, że wolałem iść się przespać niż to to oglądać, o słuchaniu nie wspominając. Fanów przepraszam – wybaczcie, ale w dupie mam ten zespół po tym występie, w pamięci zachowam natomiast 2 fajnie pomyślane paradokumentalne wydawnictwa DVD i kilka dobrych numerów ze starszych płyt, bo o tym koncercie niechętnie musiałem sobie przypomnieć na potrzeby tej relacji.

Dzień 3

Dnia trzeciego ciekawe rzeczy się działy, z mojej perspektywy to przede wszystkim za sprawą znaleziska jakiego Klusek dokonał ostatniej nocy, po tym jak jakiś najebany metal wpadł do jego namiotu i powysypywało mu się ono z kieszeni. Klusek trochę pozbierał i mi dał, no i po tym wszystko było bardziej, więcej i w ogóle głębiej. Do tego wcześniej na jednym ze stoisk z merch’em, kupiłem pomarańczowe bryle jak te Hunter’a S. Thompson’a  w „Fear and Loathing in Las Vegas” i już w ogóle mój 3ci dzień na tym festiwalu stał się zupełnie inny niż pozostałe, zwłaszcza pod względem wizualnym. Około południa w miejscowej restauracji na starówce, w centrum dzielnicy Jozefov, obszamałem klasyczny, Czeski ser prażony z frytkami i „zestawem surówek” oraz przepysznym, zimniutkim, jasnym Kozlem z pipy wlanym do oszronionego kufla (niech to, aż ślinotoku dostaję pisząc o tym). Mówta co chceta – dla mnie Czeski Kozel Svetly to najlepsze piwo na świecie i nikt tego nie zmieni. Oddawaliśmy się tak okołofestiwalowym przyjemnościom aż do koncertu pewnej holenderskiej kapeli…

Textures

Biorąc pod uwagę mój psychodeliczny stan, jak też znajomość wokalisty tego zespołu z jego poprzednich doświadczeń w Cilice, (którego jedyną płytę dostał do zrecenzowania kiedyś Maki, dzięki czemu miałem okazję ją poznać) wiązałem z jego występem pewne nadzieje. Do połowy wytrzymywałem z dużą dozą zainteresowania, można by powiedzieć nawet że chyba wszystko się w miarę zgadzało tam, zwłaszcza muzycznie, ale od połowy do końca wysokie noty wokalne stały się nie do zniesienia – za dużo, za często, za gęsto i za… wysoko. Często odnoszę takie wrażenie, że jak jakiś wokalista potrafi naprawdę charakterystyczny dla siebie, wysoki dźwięk wyciągnąć, to się nim masturbuje jakby zupełnie nie miał pojęcia jak bardzo traci na tym w całości. Nawet gdy jest bardzo dużo innych rzeczy które świetnie potrafi, to on musi wszystkim pokazać jaki prze-chuj z niego i będzie piszczał i miałczał, żeby nikomu innemu się tak nie udało jak jemu, tylko że żeby ktoś chciał żeby mu się tak udało, to musiałby być idiotą (moim zdaniem oczywiście). Niestety – wokalista wysokiej klasy z niebywałymi umiejętnościami spierdolił w moim odczuciu koncert, który swoją drogą mógłby być naprawdę dobry. Nie wiem kto słucha ich płyt, jeśli na nich, ich wokalista też tak wyje jakby miał jaja w imadle ściśnięte. Nawet pomimo tego jak mnie wkurwiła ta sytuacja, to jednak jakaś tam sympatia do tego Textures została za instrumentalną stronę, bo ta naprawdę miała momenty takie że dawałem się wkręcać tak dobrze, że aż znowu wokalista mi przeszkodził i nic z tego, ale jednak… byli blisko, a to nie codziennie się zdarza – jak ktoś lubi takie przesadne, natarczywe, wokalne piszczenie, jakże popularne teraz w tym tak zwanym Djent’cie, to nich sprawdza ten band – mnie zmęczył wokalista jak nie wiem.

Septic Flesh

Koncert bębnów. Najlepiej brzmiąca perkusja całego festiwalu. Na pewno doskonale spisał się dźwiękowiec, ale gówno by tam namotał gdyby nie perfekcyjnie zajebane uderzenia nowego narybku Greków. Lehner nie próżnuje. Na dobrą sprawę wypłynął młody Austriak parę lat temu, a jest już teraz dużym graczem na scenie – widocznie posada w Septic Flesh jak dotąd mu odpowiada – sympatyzuje na ogół z takim graniem z tego co mi wiadomo, a muzycy tego zespołu to raczej bardziej artyści niż gwiazdy rocka, co powiedziałbym też o Kerimie. Brzmienie bębnów, a w szczególności jakże szalenie istotnego duetu stopy i werbla, rozwaliło wszystkie inne na tym festiwalu (ok, Mastodon to trochę inna bajka, inne granie i absolutny profesor za garami). Nie można jednak deprecjonować przez to pozostałych muzyków. Seth też bardzo dobrze zabrzmiał, a przede wszystkim jego bas. Trochę nie trafiał do mnie z tekstami rzucanymi między utworami, a że po paru numerach nasłuchałem się już tej spektakularnej perkusji, udałem się na małą scenę Metalgate wzywany wewnętrznym głosem swojej niezawodnej intuicji…

Nod Nod

Wbiłem na ten koncert jakoś na 1/3 dystansu, ale to była dość wolna i daleka podróż, żeby zdążyć wskoczyć do tej muzycznej karawany i wraz z nią jechać… raz przez ciemny las, raz pustynne nocne pustkowie – ta muzyka prowadziła mnie przez krajobrazy dźwięków jak w transie, obrazując wizje generowane przez nisko strojone, sfazowane gitary, tętniące bębny i… gwóźdź programu – głos wokalistki, głos który był jak potok emocji. Czasem rwący, czasem kręty, ale zawsze, zawsze dotkliwy, bo prawdziwy. Dziewczyna otwiera się na scenie i krwawi dźwięki, nie śpiewa ich – krwawi – to co uwielbiam w muzyce, kiedy czuć ten masochizm twórczy, aż ciary maszerują po ciele. Zabrała mnie więc w podróż gdzieś po zadymionych, ciemnych pomieszczeniach, późnymi nocami, przez sale samotności, czułem tam też coś jakby dojrzałą akceptację tego, że miłość potrafi się wymknąć spod kontroli i przestać nią być… stać się czymś zupełnie innym, jakby nigdy nie miało z nią nic wspólnego. Momentami kontrolowałem reakcje publiczności, bo próbowałem się jednocześnie odnaleźć jakoś w rzeczywistości – wszyscy stali jak wryci z oczami wlepionymi w muzyków. Każdy utwór na koniec nagradzany był naprawdę głośną i długą aprobatą licznie zgromadzonego tłumu fanów metalu, z których jak się domyślam  większość nigdy wcześniej o tej formacji nie słyszała – wszakże jest to czeski twór o nieco ponad 1.000u like’ów na facebook’u – a to przecież prawie zawsze wyznacznik tego gdzie i czy w ogóle zespół ma szanse zagrać. No proszę… ktoś kto przyczynił się do tego, że zagrali na tym festiwalu, ma u mnie za to duży szacunek. Próbowałem jakoś określić to co robią w prosty i klarowny sposób i po przesłuchaniu tego co jest dostępne na bandcampie, po powrocie z BA i momentami miałem wrażenie, że to trochę brzmi jakby muzycy TOOL’a zaprosili SKIN do stoner/doom/slugde’owego projektu? Do tego porównania dochodziłem bardzo okrężną drogą – lepiej po prostu posłuchać, bo z nagrań jest bomba wodorowa eksplodująca z majestatem w lekko zwolnionym tempie, a na żywo… wiele bym dał, żeby jeszcze ich zobaczyć – to było mocne przeżycie, miałem się nie przyznać, ale też mi łza się poturlała po policzku, jak się wczułem w ten wrażliwie drżący wokal – miazga.

Potem byłem chyba zbyt poruszony, żeby myśleć o pozostałych, i tak mało interesujących mnie koncertach, choć grało parę klasyków, ale cóż – rocznik 90 – można mi to wybaczyć. Poszedłem z ekipą się przejść w miejsce z którego rozpościerała się panorama na teren w pobliżu jednostki wojskowej, służący do ćwiczeń manewrów czołgami. Można było na grzbiecie jednej z wielkich, usypanych hałd trochę odparować wrażenia. Ziomale udali się na koncert Obituary, a ja miałem ochotę odświeżyć sobie film który ciężko powiedzieć że lubię, ale… doceniam. Wszedłem do kina – bardzo się zdziwiłem bo w stosunku do małego namiotu i plastikowych krzeseł z roku 2008, to już można było naprawdę nazwać kinem. Ciemno, stare fotele samochodowe i dość spory ekran, a przede wszystkim masa ludzi. Po pierwsze film (Martyrs) był po francusku, a napisy czeskie – znałem w sumie go dobrze, więc dało się to pominąć, z resztą nie roi się w nim od dialogów, ale przeszkadzało mi odrobinę chrapanie co poniektórych. Były tam idealne warunki do tego żeby przyciąć komara. Choć wchodząc tam wypiłem energola, chwilę po tym jak usiadłem – a był to początek seansu – usnąłem. Obudziłem się tuż przed końcem, jeszcze bardziej zmęczony. Nie mogłem się pozbierać, ale udało mi się zdążyć na końcówkę kapeli którą chciałem zobaczyć.

Moonspell

Pierwsze co bardzo rzuciło się w oczy to ogromny tłum oglądający występ. Choć dotarłem nań na zaledwie kilka utworów, to miałem okazję poczuć charakter tego zespołu na żywo. Bardzo liczyłem na
„Everything Invaded”, w którym Fernando położył jeden z najznakomitszych growli/krzyków jakie dotąd słyszałem. Niestety, trochę byłem zawiedziony, że pewnie przegapiłem i zagrali go z przodu jak przesypiałem film w kinie, ale po sprawdzeniu setlisty okazało się, że nie było go w repertuarze. To wielka szkoda bo i solo w nim jest prawdziwie epickie, jak z resztą cały utwór. Więcej grali nowych rzeczy, z którymi nie jestem tak dobrze zaznajomiony – właściwie to przede wszystkim wydawnictwa wydane blisko drugiego tysiąclecia są mi lepiej znane, pozostałe rzeczy niewystarczająco dobrze mi wchodziły żeby się zasłuchiwać, w każdym razie miałem dobre miejsce wyczajone na murze, gdzie klika cegieł było wyciągniętych i jak po drabince można było się wdrapać, obrócić i oglądać z poziomu sceny, choć pod nieco ostrzejszym kątem, co zapewne zniekształcało właściwe brzmienie, mimo to było dość dobrze. Cieszę się , że zdążyłem ich złapać choć na końcu. Długo żegnali się z publicznością która nie dawała im zejść ze sceny niekończącymi się oklaskami.

Cattle Decapitation, Satyricon

Obejrzałem otwarcie Satyricona i pocisnąłem zbadać Cattle na małej scenie, żeby zdążyć wrócić na jakieś 3/3 Satyricona. Satyr wjechał z pompą, aż nie bardzo chciałem się odrywać, ale Cattle mnie ciekawiło. Po dotarciu pod Metalgate okazało się, że nie było szans się wbić dostatecznie blisko żeby to miało jakiś większy sens, mimo to dobiliśmy się z Kwieciem, Malinem i Guzikiem najbliżej jak się dało. Nie wiele było widać, ale słychać było że Amerykanie są w formie – widocznie postępująca technokracja i wszechobecna rzeź zwierząt hodowlanych, skutecznie napędza ich na scenie, bo wkurwienie było słychać i to wkurwienie szaleńcze – zapierdalali tak, że sen w kinie jakby bez śladu oddalił się w otchłań przeszłości, aż trochę nie mogłem wskoczyć na takie rejestry – intensywnością to naprawdę robiło robotę. Wyczynowe granie, bez brania jeńców i podobało mi się to – nie ma miękkiej gry, tylko grubo po piździe jak kombajnem i kurwa, czuć było że oni tam wyżywają się na tych instrumentach jakby naprawdę byli wściekli – bardzo to lubię i szanuję, bo jak widzę znudzonych, zblazowanych chujków, którzy odgrywają beznamiętnie rzeczy, które kiedyś nagrali z wczutą i tylko dzięki temu mogą jeszcze grać gdzieś koncerty, to mnie chuj strzela – tutaj nie ma mowy – wręcz przeciwnie – wygląda na to że dżentelmenom z Cattle chodzi o coś zupełnie innego. Jak tylko skończyli, szybki marsz na ostatnie kilka numerów Satyricona. Muszę powiedzieć, że ze wszystkich rzeczy które na BA grały i miały cokolwiek wspólnego z black metalem, to Satyricon jest zdecydowanie moim faworytem. Od brzmienia, przez same kompozycje i prezencję sceniczną, po sam performance – zyskali mój szacunek i podziw – czego nie udało się osiągnąć żadnym innym zespołom spod szyldu metal blek. Tutaj wszystko było naprawdę spójne, nieprzegadane, bez pajacowania i dziecinnej, nonsensownej maskarady i przebieranek, bez przerostu formy nad treścią, a do tego rewelacyjnie pod względem muzycznym – po prostu tak jak ma być, a że za black metalem nie przepadam i nie słucham, to tym bardziej utrudnioną mieli misję żeby mnie kupić – przekonali mnie i szacun dla nich za to.

Sigh, Arch Enemy, UNEARTH

Niezwykłą ciekawostką było zobaczyć Sigh na alternatywnej scenie Oriental Stage. Ze względu na jej usytuowanie – coś na kształt rotundy wewnątrz murów fortecy – brzmienie tam było naprawdę wyjątkowo ciekawe, takie jakby bliskie, o dziwo bez odbić, zupełnie wyizolowane od tego co się działo w innych częściach twierdzy. Muzycznie całkiem ciekawy eksperyment Japończyków, łączących instrumenty muzyki klasycznej z typowymi dla metalu, w black metalowe kompozycje. Wpadało to w ucho, a i patrzyło się ciekawie za sprawą skośnookiej skrzypaczki, która solidnie też zdzierała gardło do mikrofonu, choć nie wiele było widać – scena alternatywna nie mogła bowiem pomieścić zbyt wiele ludzi. Z powodu jakiś technicznych kłopotów nastąpiła przedłużająca się przerwa więc poszliśmy zbadać co na dużej scenie. Żeby nie owijać w bawełnę, stać mi się na tym Arch Enemy nie chciało, ani dymać w pogo, ani słuchać, ale odejść też nie bardzo. Muszę przyznać, że obraz w telebimie, nieustannie pokazujący w dość wymownych ujęciach wdzięki Alissy White-Gluz, działał dość hipnotyzująco. Tytuł jednej z „The Hottest Chicks in Metal” nadany jej przez magazyn Revolver, jak najbardziej jej się należy. Wszystko ma na miejscu i z jej wypowiedzi można mieć nadzieję, że uroda nie wyklucza u niej inteligencji, ale przy tej okazji to w ogóle warto wspomnieć o kobietach na BA. Dysproporcja stosunku mężczyzn do kobiet na tegorocznej edycji, w stosunku do tej z 2008mego znacznie zmalała. Pięknych, brutalnych lasek na festiwalu było zdecydowanie więcej niż wtedy, a hostessy przechadzające się z fiolkami zmrożonego do cna Jägermeister’a, za każdym razem z sukcesem wodziły mnie na pokuszenie, żeby takiego szota strzelić za ich obezwładniającą urodę. Walory estetyczne bardzo na plus i w końcu mniej dramatycznie nakręconych, nawalonych kolesi tylko wreszcie więcej samców w towarzystwie swoich dziewczyn, a w niektórych przypadkach pewnie nawet i żon. Wciąż jednak dysproporcję dało się zauważyć, ale tendencja wydaje się być obiecująca. Niemniej jednak z powyższych względów, gdybym swoją lube miał, na brutala bym z nią nie jechał – chyba że byłaby to jakaś prawdziwa kosmitka. Mniejsza z tym. Unearth. To była jedna pierdolona petarda. Dla mnie to co zrobili było cudownym zadośćuczynieniem zniesmaczenia, jakiego dokonali lalusie z Parkway, bo z jakiegoś powodu kojarzyłem te zespoły jakby miały zbliżone grono odbiorców. Gitary zakurwiały jak żylety, sam środek nocy, deszcz, ludzi w pogo od chuja, wszyscy pizda w młynie że krew, łzy, pot, pogubione buty, pogubione ciuchy – po prostu metal straight in your fucking face! W chuj dobre show, brzmienie bez zarzutu, a wszystkie zwolnienia i a’la breakdown’owe beaty, wprawiały tłum w pulsacyjne skakanie i kultowy, tradycyjny headbanging, przerywany natychmiastowo rozkręcanym circle pit’em, kiedy tylko gitary nakręcały na powrót prowadzące riffy w ruch. Unearth jechał z bębniarzem zastępczym i ten naprawdę spisał się na medal – cały band wypadł świetnie, za co ogromny szacun. Jakoś straciłem z radaru ten zespół na parę lat, ale przypomniał mi o sobie na tym festiwalu w wielkim stylu!

Dzień 4

Hypno5e

Z uwagi na to, że miał to być ostatni zespół jaki zobaczę na BA, przez to że byłem umówiony na transport z pewnym Słowakiem na nasz wspólny koncert w Czechach na innym rodzinnym pikniku, do koncertu francuzów podszedłem z należytą czcią. Otwierali pulę tego ostatniego dnia co nie było łatwe – sporo ludzi regenerowało o tej porze siły przed przyjęciem ostatniej dawki festiwalowych wrażeń. Hypno5e znam i lubię od wielu lat za sprawą ich pierwszego wydawnictwa, które do dziś wciąż brzmi bardzo awangardowo i bardzo francusko. Ciekaw byłem ich występu z wielu względów, między innymi również dlatego, że w ostatnim czasie nieco bardziej aktywnie wzięli się za swoją twórczość. Otoczki praktycznie nie było. Czterech mężczyzn w średnim wieku ubranych na czarno, wraz ze swoimi instrumentami. Przez cały czas sporo sampli przewijało się między utworami wprowadzając publikę w wrażenie jakby byli świadkami koncertu muzyki filmowej. Hypno5e proponuje granie moim zdaniem wybitne, bardzo atmosferyczne – siłą rzeczy nietuzinkowe, wymagające od słuchacza zaangażowania i uważności – świadomej kontemplacji. Wtedy i tylko wtedy może zaistnieć możliwość doceniania kompozycyjnego kunsztu i talentu w malowaniu scenografii jaką tworzy muzyka. Dlatego ta zupełna nieobecność najmniejszego nawet banera z logiem formacji,  jest jak najbardziej uzasadniona, a wręcz wskazana, gdyż ich obecność na scenie była by nonsensem. Muzyka wypełnia scenę i wykracza poza nią, budując znacznie bardziej wyrafinowaną formę przestrzeni, którą można niemalże zobaczyć. Niesamowite doznanie – trochę szkoda, że nie miałem okazji podzielić się wrażeniami z samymi muzykami – byłem zajęty szukaniem transportu na własny koncert, bo wyżej wspomniany Słowak okazał się wielkim niewypałem…

Byłem z gościem umówiony po koncercie Hypno5e – dzwonię, a on do mnie mówi: „Sorry, nie mamy miejsca w aucie, żeby cię zabrać”. Ok, mam jakieś 5 godzin, żeby dostać się na drugą stronę Czech, ze sporą ilością bagaży itd. Polazłem na stację bo urządzenie za pośrednictwem którego mógłbym korzystać z internetu nie dawało rady, z resztą z wi-fi na terenie festiwalu było zatrważająco kiepsko, a punkty informacyjne też niespecjalnie były pomocne w kwestiach niezwiązanych ściśle z tym co się działo na feście. Zminimalizowało to wszystko moje szanse do zera, a brak informacji w innym języku niż czeski na stacji kolejowej już zabił we mnie nadzieję, że ten koncert zagram. Musiałem się pogodzić z tym faktem i na przysłowiowe otarcie łez, przeszedłem się na Ektomorf.

Ektomorf

Fajnie grali, ale miałem nieodparte wrażenie, że to po prostu, tańsza, acz wierna, europejska kopia poczynań Max’a Cavaler’y. Tłum skakał, zupełnie jak muzycy – bardzo energiczne i dobrze odegrane show, z mocą i konkretnym brzmieniem, bardzo solidnie, ale dupy mi nie urwało. Po prostu prawidłowo wykonana sztuka i tyle w temacie – w zasadzie nie ma się do czego przyczepić. Kto lubi Soufly, czy Sepulturę za czasów Cavaler’y – powinien się zajarać tym co Ektomorf ma do zaoferowania.

Koniec festu zbliżał się wielkimi krokami, ostatnie desperackie próby znalezienia sposobu na dotarcie na własną sztukę spełzły na niczym, co spowodowało, że zacząłem zwiedzać wszystkie niezbadane tereny festiwalu, w końcu nic lepszego nie było do roboty. Sporą jego część stanowiły ekspozycje artystyczne co bardzo mnie ucieszyło, gdyż sztuka jest dla mnie czymś z czym zawsze lubię obcować – nawet w tak ekstremalnej formie w jakiej pojawiła się na tym festiwalu. Wcześniej nie wspomnianym przeze mnie miejscem, które bardzo mi się podobało, była cała aleja z wegańskim żarciem. Bardzo smaczne i pożywne posiłki, bez konieczności wspierania procederu absurdalnego cierpienia zwierząt. Podobał mi się fakt, że wszystkie miejsca w których można było zjeść bez mięsa – były dobrze widoczne i wyeksponowane specjalnymi oznaczeniami – to bardzo dla mnie budująca nowość na BA – nie spodziewałem się tak szybko rosnącej siły ludzi, którzy chcą uświadamiać innym, że można inaczej podejść do tematu żywienia i konsekwencji z nim związanymi.

Dnia ostatniego, raz że nie byłem nastawiony na nic konkretnego poza Hypno5e, bo po prostu miało mnie tam już nie być, dwa że w sumie nic co by mnie wyjątkowo poza wyżej wspomnianym zespołem interesowało nie grało. Z tego tytułu łaziłem, dużo się szlajałem starając się nie wydać więcej hajsu, bo budżet już był praktycznie wyczerpany. Tak przełaziłem aż do wieczora. Widziałem kawałek Birdflesh – było dość komicznie i wesoło, fajne skoczne grind’owanie – może gdybym był nawalony, znalazłbym motywację , żeby się ponapierdalać z ludźmi pod sceną, a Agnostic Front, wraz z chłopakami słuchaliśmy z namiotu, bo naprawdę dobrze było słychać (sic!), a sił już ostatki chcieliśmy zostawić na ostatnie 2 nazwy którym poświęcę jeszcze trochę miejsca w końcówce tej przydługiej już zresztą relacji.

Behemoth

Zastanawiałem się w ogóle czy warto o tym koncercie wspominać. Wybrałem się go zobaczyć wyłącznie ze względu na to, że ten zespół zrobił na mnie dobre wrażenie na poprzednim BA na którym byłem, ale okazało się, że to była zupełnie inna bajka i piszę o Behemoth wyłącznie z szacunku do tego tworu jako zintegrowanej w sobie potędze – autonomicznej całości, która jest, misternie utkanym gigantem na światowej scenie metalowej. Fanatyzm ich wyznawców, (bo tak można śmiało ich nazwać) mogę chyba przyrównać tylko do fanatyzmu zatwardziałych katolików. Myślę sobie, że Behemoth przyjął rolę swoistego anty-boga – czegoś co dla ludzi jest symbolem – odwrotną alternatywą do wszechobecnego religijnego ogłupienia. Odnoszę wrażenie, że dla bardzo wielu, posłuchać Behemoth, a przede wszystkim założyć coś z ich logo na siebie, to jak powiedzieć: „jebać boga”, „jebać kościół”, „jebać kler”, a bardzo wiele i co raz więcej, zwłaszcza młodych, zbuntowanych ludzi chce to powiedzieć. Co raz więcej ludzi chce o tym krzyczeć, głośno i wyraźnie wyrażając swój sprzeciw świętoszkowatemu znieprawieniu stada wiernych, bojaźliwych owieczek, co niedzielę prowadzonych na rzeź świadomości do „świątyń” swych pasterzy – księży. Poziom obłudy i zakłamania wszystkich światowych religijnych organizacji, powinien być przez każdego odszyfrowywany we własnym zakresie – temu nie będę tutaj więcej poświęcał uwagi – w końcu trzeba skupić się na muzyce. Jak doceniam wyżej opisaną rolę Behemoth w świecie, tak muzycznie jest on dla mnie nad wyraz pompatycznym, zadufanym, wypasionym fetyszem, którego poczynania od dawna przesycone są przerostem formy nad treścią. Oczywiście będzie mi zarzucone, że ja nic z tego nie rozumiem i stąd moje uwagi – dlatego właśnie mówiłem o fanatyzmie – profanowanie (czyt. brak uznania dla) „świętości” kultowego Behemoth – jest  paradoksalnie w oczach jego fanów „grzechem”. W tym miejscu cała sytuacja wokół tego przerośniętego olbrzyma, staje się co raz bardziej groteskowa. Napompowane do granic możliwości ego, które lider formacji wykorzystuje do ekspansji dzieła swojego życia, jakim nie wątpliwie Behemoth jest, z jednej strony budzi wstrzemięźliwy podziw, ale też pewną dozę odrazy i zniesmaczenia. Wierność ideałom miesza się z marketingiem w niejasny sposób, tak jakby misja jakiej się powziął miała być usprawiedliwieniem wybranych do jej realizacji środków. Cóż, pozostaje mi rzec, że koncert był dla mnie nudny jak chuj. Flaki z olejem – nie mogłem tego słuchać, ani na to patrzeć. Nawet brzmienie było jakieś gnojowate, a za razem suche jak pieprz – pomyłka. Behemoth z 2008mego roku to był prawdziwy cios! Zespół prezentował się na scenie niczym oddział żądnych zniszczenia, antycznych bogów, których potęga była wręcz onieśmielająca. Miałem odczucie jakbym był na wojnie, a pod sceną toczyła się prawdziwa bitwa. Batalistyczny charakter scenografii wywoływał w ludziach opad szczęk. Tego roku to wszystko zostało po prostu zatracone na rzecz jakiegoś smutnego, romantycznego przymulania o szatanie – nie, dziękuję. Następny.

Mgła

Jakże wspaniałą przeciwwagą był to występ dla żenującego koncertu ich większych, gatunkowych braci z Behemoth! Poczułem ulgę, świeżość i… pobudzający chłód. Pierwsza uwaga, może nieco nawiązująca do wywodu dotyczącego Behemoth’a, dotyczy fanów zespołu. Może jakoś wyjątkowo rzucało mi się to w oczy z jakiś względów, ale o ile się nie mylę, logo Mgły, było najczęściej goszczącym logiem na ubraniach ludzi jakich mijałem na Brutal Assault tego dnia. Zespół przyciągnął jeden z największych tłumów zgromadzonych pod sceną jednocześnie. Nie byłem tym występem jakoś szczególnie zainteresowany, bardzo żarliwie polecał mi jego sprawdzenie Kwiecio, przez co postanowiłem się mu przyjrzeć. Chwilę to trwało, zanim zacząłem dostrzegać cechy, które muszą składać się na niewątpliwy sukces tej załogi. Od pierwszych sekund było w tym występie coś intrygującego, jakiś haczyk, którego nie mogłem się doszukać od razu. Wsłuchiwałem się, wsłuchiwałem i zrozumiałem, że chodzi o ten trans, w który kompozycje wprowadzają słuchacza. Oszczędność wizualna sprzyja w odbiorze tego zabiegu, jakim jest hipnotyczne, konsekwentne wciąganie odbiorcy w gęstą, ciemną otchłań dźwięków, które choć surowe, trochę jakby przestarzałe i zużyte, to wciąż rześkie i przejmujące. Ciężko mi to opisać, ale jest w tych brzmieniach jakaś tęsknota, rozpacz, lęk, które składają się na poezję, niewynikającą z bałwochwalstwa, czy zapatrzenia w siebie, ale z prawdy jaką muszą po drugiej stronie muzyki dysponować jej twórcy – ta muzyka jest prawdziwa i dlatego się broni. Nie jest to w żadnym wypadku chełpienie się nad własną zajebistością, a szczere podejście do przekazu, który tutaj jest najważniejszy i właściwie jedyny – zespół pozbawiony jest twarzy – nie ma tożsamości – jest dokładnie taki jak zjawisko, które opisane jest przez jego nazwę. Poza przekazem, jest tylko technika jaką jest on kanalizowany. Bez zbędnego przedłużania – ten koncert to był sukces – a zejście ze sceny bez słowa, pozostawiając tłum w osłupieniu i zdumieniu – jest niepowtarzalnym i wyjątkowym zagraniem – nigdy wcześniej nie spotkałem się z takim podejściem do tej sztuki – odegrać co jest do odegrania i zejść ze sceny, pozostawiając ogromne pole do popisu odbiorcy w kwestii interpretacji zjawiska jakiego był świadkiem. Nie będę ukrywał, że nie jest to muzyka do której miałbym ochotę dobrowolnie wracać, ale chcę zaznaczyć, że jakość twórczej ekspresji Mgły – to bez wątpienia pierwsza klasa i choć nie trafia w moje gusta, to zapisuje się wysoko w rejestrach wartościowych aktów scenicznych. Brawo – kolejny powód do dumy z własnego pochodzenia.

Niniejszym dotarłeś wytrwały czytelniku do ostatniego przystanku tej relacji, jakim jest występ Ufomammut. Włosi mnie zainteresowali w każdym calu, ale po Mgle, nie dało rady się przestawić na to pustynne granie – stoner’owcy, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, sprawdźcie ich koniecznie! Brzmienie mieli przepotężne i bardzo zachęcająco rozpoczęli tą sztukę, ale sił już brakło, żeby to przyswoić do końca. Ostatni przemarsz po terenie festiwalu. Ostatnie spojrzenia w kierunku miłych widoków jakie towarzyszyły mi przez ostatnie dni, i zawijka do namiotu. Spacer po obszarze zajął mi tyle, że byłem jednym z ostatnich delikwentów opuszczających teren, do 3ciej w nocy został on zaryglowany, wszędzie deficyt fajek, czegokolwiek do picia czy jedzenia, niedopite niedobitki snuły się wzdłuż murów twierdzy jak zombie – miał swój urok charakter tych scen. Następny ranek był ciężkim, żmudnym obowiązkiem zaniesienia wszystkiego do fury – i powrotu do domu – tam też czekało mnie mnóstwo fajnych rzeczy więc, nie było to takim znowu złym doświadczeniem. 21sza edycja BA, choć usatysfakcjonowała mnie w dużym stopniu, to chyba bardziej jednak nakręciła na to żeby zaliczyć ten festiwal do tych, na których trzeba być co roku. Wiele można by jeszcze napisać, ale zostawmy słowa na przyszłą edycję i cierpliwie czekajmy aż ekipa BA zacznie powoli odsłaniać swoje karty na przyszły rok. Pozdrowienia dla Wszystkich dzięki którym mogłem tam być, Maki, Kwiecio, Malin, Klusek, Guzik – szacuneczek i widzimy się za rok w tym samym miejscu!?

Marshall

———

Marshall napisał już bardzo dużo, ale postaram się dorzucić również swoje trzy grosze. Może i bym puścił jego część jako całą relację, lecz zawsze traktowałem raporty z festiwali jako swego rodzaju pamiętnik, i dlatego mimo kompletnego deficytu wolnego czasu odwlekałem publikację, aby dodać trochę swoich wspomnień. Tym bardziej, że Brutal Assault jest festiwalem, o którym warto pamiętać, mimo tego że niekiedy okoliczności nie sprzyjają efektywnemu zapamiętywaniu ;)

Festiwal zaczął się dla mnie nieco niefortunnie, ponieważ byłem zmuszony odpuścić sobie pierwszy dzień ze względu odbywaną rozmowę kwalifikacyjną. W konsekwencji, aby dostać się po niej do Jaromeru w jak najszybszym czasie, musiałem kombinować podróż nocną. Trwała ona aż 18 godzin i kosztowała mnie sporo zdrowia. Najpierw ruszyłem do Warszawy, z której złapałem Polskiego Busa do Wrocława. W stolicy Dolnego Śląska wyjechałem na wylotówkę, skąd w godzinach wczesnoporannych łapałem stopa w stronę granicy. Nie udało się jednym strzałem dojechać do Kudowy, wskutek czego podróż sukcesywnie mi się wydłużała. Kiedy udało mi się w końcu zawitać na granicę Polski i Czech, musiałem wystać jeszcze ok. 2 godzin, aby przejechać ostatnie 30 km do punktu docelowego. Nie ukrywam, że gul skoczył konkretnie, a ilość kurew, które w tym czasie z siebie wyrzuciłem przekroczyła wszelkie normy. Było to tym bardziej frustrujące po sytuacji, kiedy zabrał mnie jeden z kierowców Tirów i następnie musiał zawrócić po przejechaniu 300 metrów, aby wyrzucić mnie z powrotem na granicy. Stało się tak, ponieważ na samym początku Czech przeprowadzano przebudowy dróg i nie było opcji na przejazd samochodów ciężarowych. W konsekwencji kierowano je na inne przejścia graniczne w Polsce.

W końcu po tych 18 godzinach podróży, w tym autostopowych przejażdżkach na raty z Cyganami,  budowlańcami czy rodzinami z dziećmi, udało mi się po raz kolejny dotrzeć do lokalizacji jednego z największych europejskich festiwali metalowych. Była to moja bodajże siódma edycja, więc można powiedzieć, że w niniejsze miejsce jest mi już bardzo dobrze znane. Po odnalezieniu się z ziomami, z którym pierwotnie miałem jechać, okazało się że dzień wcześniej zatrzasnęli kluczyki w aucie, przez co musieli wybijać szybę, aby się doń dostać. Oprócz tego w rozmowach na okrągło przewijały się bluzgi na pogodę zastaną dzień wcześniej. Mimo wszystko żałowałem poprzedniego dnia, ponieważ byłem nakręcony szczególnie na koncerty Dying Fetus, Gruesome, Neurosis  i Mastodon. Mam jednak nadzieję, że będzie jeszcze niejedna okazja zobaczyć te zespoły. Po szybkim przepakowaniu i spacerze w górę rzeczki i zimnej kąpeli przy progresywnych dźwiękach występu Plini, które dobiegały do nas z terenu imprezy, postanowiliśmy odnaleźć namiot Marshalla. Tam racząc się delikatnie jakąś łychą czekaliśmy na jego powrót z Animals As Leaders, słuchając tego koncertu z górki. Co ciekawe, z miejsca w którym ustawiony był ów namiot częstokroć dało się cieszyć lepszym brzmieniem niż zastanym na miejscu. Mimo tego, iż ciężko uznać że byliśmy na w/w koncercie, to i tak zrobiły na mnie wrażenie dźwięki, jakie do nas dobiegały, a bardzo czyste wykonania kawałków takich jak „Ka$cade”, „The Woven Webczy „CAFO”  potwierdzały instrumentalną klasę tego zespołu.

Pierwszym zespołem, jaki zobaczyliśmy tego dnia był belgijski Aborted. Kapela znana i lubiana, której koncerty wypadają za każdym razem bardzo dobrze. Nie inaczej było w tym przypadku – mimo tego, że brzmieniowo czasem pojawiały się zakłócenia (Marshall twierdził, że przez pojawiające się od czasu do czasu podmuchy wiatru), to i tak zgromadzeni zostali uraczeni solidną dawką brutalnego death metalu na nowoczesną modłę. Jak zwykle uwagę zwracał wokalista, miotający się po scenie, dobrze nakręcający publiczność i oczywiście nie oszczędzający swojego gardłowego odkurzacza. Ciekawy jest też u nich styl perkusisty, który wykręca swoje ekstremalne i mistrzowsko precyzyjne rytmy w pozie, jakby to była dla niego najnormalniejsza rzecz na świecie. Set był zdominowany przez kawałki z nowszych płyt, ale najbardziej cieszyło mnie zagranych kilka numerów z „Goremageddon”, tj. „Meticulous Invagination”, „Parasitic Flesh Resection” czy „Sanguine Verses (…Of Extirpation)”.

Później przenieśliśmy się na sąsiednią scenę, gdzie swój występ rozpoczęło nowojorskie H2O. I o ile ten zespół lubię i z dużą dozą sentymentu wspominam na przykład koncert kilka lat temu w ramach Show No Mercy, to w warunkach Brutal Assault nie do końca do mnie przemawia takie granie. W warunkach pozbawionych widoku emocjonalnie reagującej publiki, żywiołowego stage divingu, singalongów i atmosfery ogólnego rozgardiaszu charakterystycznego dla zatłoczonych klubów, muzyka ta nieco traci na energii. Szczególnie jeśli ma się porównanie właśnie z koncertami w zamkniętych lokalach. Dlatego też, po wysłuchaniu paru numerów (w tym „1995”, „Family Tree”, „One Life, One Chance” czy „Nothing to Prove„), udaliśmy się ponownie na chwilę pod namiot, aby niebawem wrócić na jeden z najlepszych koncertów tego dnia.

The Black Dahlia Murder. Jest to zespół, którego styl zawsze mi się bardzo podobał, ale w okresie bezpośrednio przed festiwalem, moja fascynacja jego muzyką znacznie wzrosła, m.in. ze względu na jej spory potencjał energetyczny przy uprawianiu sportu. Akurat pod tym kątem bardzo odpowiada mi motoryka kompozycji Amerykanów. Widziałem ten zespół wcześniej trzykrotnie i dlatego też byłem pewien, że i tym razem się nie zawiodą. I tak właśnie było – 11 numerów zajebistego melodyjnego death metalu odegranego w świetny sposób, z mistrzowską precyzją i znacznym ładunkiem przebojowości.  Kapela ta jest o tyle ciekawa, że nie ma zbyt dużej różnicy między repertuarem ze starych wydawnictw a nowym, bo konsekwentnie są przez nią eksplorowane te same rejony stylistyczne. Lata temu nie do końca odpowiadała mi dominująca w muzyce The Black Dahlia Murder barwa skrzeku wokalisty, a zdecydowanie wolałem jego sporadyczne  growle. Jednak to ten rodzaj ekspresji wokalu, momentami sprawiający wrażenie groteskowej i przerysowanej, istotnie dokłada się do osobliwości stylu tej kapeli. Co więcej, wydaje się on jeszcze bardziej przekonujący, kiedy weźmiemy pod uwagę, że członkowie kapeli nie pozują na mrocznych metaluchów strojących groźne miny i niejednokrotnie pokazali, że z przymrużeniem oka bawią się formą. Na koncertach The Black Dahlia Murder szczególną uwagę przykuwa też to, w jaki sposób wokalista Trevor Strnad traktuje relacje z publiką, np. co i rusz nawiązując kontakt wzrokowy z konkretnymi osobami pod sceną. Setlista koncertu na Brutal Assault 2016 była dość przekrojowa, zabrakło co prawda numerów z debiutanckiej, uwielbianej przeze mnie płyty „Unhallowed, a najwięcej kawałków było z „Ritual” („Malenchantments of the Necrosphere”, „Moonlight Equilibrium”, „On Stirring Seas of Salted Blood”), „Nocturnal” („What a Horrible Night to Have a Curse”, „Everything Went Black”, „Deathmask Divine”) i najnowszej „Abysmal”(„Vlad, Son Of Dragon”, „Malenchantments of the Necrosphere” i tytułowy). Pojawiły się też kawałki z drugiej płyty „Miasma”. Dla mnie osobiście koncert zbyt krótki, chętnie dołożyłbym do tego zestawu jeszcze kilka znakomitych wałków, ale jak to mówią – lepszy niedosyt niż przesyt. Koncert ten tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że jest to nadal jedna z moich ulubionych kapel.

Późniejsza część dnia upłynęła nam w bardziej luźnej atmosferze, nie spinaliśmy się zbytnio na konkretne koncerty, na luzie krążąc sobie tu i tam, przy okazji eksplorując nieodkryte jeszcze miejsca na festiwalu (chociażby chillując się na bardziej kameralnej części pola namiotowego z zajebistym widokiem na pola i góry).

Po The Black Dahlia Murder pojawiliśmy się na Immolation, który dzielnie radził sobie we trójkę na jedną gitarę obsługiwaną przez Roba Vignę, albowiem Billa Taylora zatrzymały problemy zdrowotne dziewczyny. Przyznam, że mimo iż darzę dużym szacunkiem ten zespół, brakowało mi tej drugiej gitary i mimo takich przebojów jak „Dawn Of Possession”, „Father, You’re Not A Father” czy „A Glorious Epoch”, nie szło to wszystko z pełną mocą, szczególnie przy solówkach.

Kolejnym koncertem, na jaki się wybraliśmy był wykonujący klimatyczny djent Tesseract. Chciałem zobaczyć ten zespół, bo niektóre ich numery mi siedzą, ale jednak festiwalowy klimat nie sprzyja tego typu dźwiękom i wolałbym je skonsumować w bardziej kameralnych okolicznościach klubowych. Muzycznie nie miałem wiele do zarzucenia, bo ta formacja w swoim stylu jest co najmniej godna uwagi, ale znacznie bardziej pasowałoby ustawienie jej w godzinach nocnych. Jestem absolutnie pewien, że wtedy istniałyby o wiele większe szanse na wyciągnięcie sedna klimatu muzyki Brytyjczyków. Tymczasem bardzo lubiane przeze mnie numery, takie jak „Concealing Fate, Part 2: Deception”, „Survival” czy „Of Matter – Retrospect”, trochę jakby po mnie spłynęły. Nie czuję się zawiedziony tym, co zobaczyłem/usłyszałem na Brutal Assault, ale to nie było to miejsce i ten czas.

Później ogarnęliśmy Gojirę, która pod zmroku zawładnęła jedną ze scen. Występ ten zapisał mi się w pamięci jako bardzo dobry, ale przyznam, że mniej więcej w tym okresie zaczęło mnie przerastać zmęczenie, będące m.in. konsekwencją wspomnianej wcześniej 18-godzinnej podróży i praktycznie bezsennej nocy. Dlatego też moje zasoby uległy wyczerpaniu i na temat tego koncertu nie jestem w stanie zbyt dużo z siebie wykrzesać.

Po Gojirze byliśmy na Dark Tranquility, które to dało klimatyczny występ, z mocno wyróżniającymi się partiami klawiszy. Ciężko było to podciągnąć stylistycznie pod death metal, momentami było dla mnie zbyt rzewnie, ale miłośnikom takiego grania musiało się podobać. Tym bardziej, że Szwedzi uzyskali całkiem znośne brzmienie. Osobiście czekałem na odegranie przez nich „Final Resistance„, ale to numer kończący ich koncerty, a my zmyliśmy się wcześniej z uwagi na kolizję ze startującym na głównej scenie Parkway Drive.

Nie ukrywam, że Australijczycy byli do niedawna jedną z moich ulubionych kapel – głównie ze względu na płytę „Horizons”, do której mam kurewsko silny sentyment. Mimo tego, że od paru lat ich twórczość jedzie po równi pochyłej, ja wytrwale jeździłem na ich koncerty odbywające się nie tylko w naszym kraju, ale i poza nim. Tegoroczny występ na Brutal Assault skutecznie wyleczył mnie z fascynacji tym zespołem. Niestety strasznie miałki materiał z ostatniej płyty tej formacji zdominował tracklistę, a sam występ utwierdził mnie w przekonaniu, że Parkway Drive zamienia się w niestrawny, komercyjny syf bez wyrazu. Niby efekciarstwo z pirotechniką miało robić wrażenie, ale jak dla mnie wiało kompletną tandetą, które w połączeniu z przeciętną muzyką bardziej raziło niż imponowało. W porównaniu z Unearth, który przyjmijmy że jest zespołem z tej samej metalcore`owej półki, brzmiało to  banalnie i zwyczajnie słabo. Sytuacji nie uratowało też kilka starszych numerów („Idols and Anchors”, „Karma”, „Carrion”). To już nie jest ten sam zespół, co kilka lat temu.

Z niesmakiem udaliśmy się pod namiot, pod którym dobiegły nas interesujące dźwięki produkującego się na scenie, nieznanego nam wcześniej Perturbatora, projektu niejakiego Jamesa Kenta. Jegomość ten mający wcześniej więcej wspólnego z black metalem, obecnie tworzy muzykę syntezatorową z bardzo interesującym, często mrocznym, ale jednocześnie lekkostrawnym klimatem. Było to coś kompletnie odmiennego od łomotu, jaki dobiegał do naszych uszu przez cały dzień i jako odskocznia moim zdaniem koncert ten pozytywnie zapadł mi w pamięci. Mimo, że jak wspomniałem był on słuchany spod namiotu. Wiadomo, że twardogłowym sierściuchom nie miało prawa to podejść, ale szacunek dla organizatorów za otwartość na takie dźwięki.

W piątkowy poranek obudziły nas bardzo pozytywne dźwięki generowane przez nieznany mi wcześniej zespół Fox Territory, który fajnie, że sobie przypomniałem na potrzeby tej relacji, ponieważ zapomniałem go sprawdzić z nagrywek. Nie byliśmy na tym koncercie, ale z racji tego, że stacjonowaliśmy w bardzo dobrym akustycznie miejscu, słyszeliśmy wszystko bez zarzutu. Bardzo dobrze wykręcona muzyka z pogranicza post-hardcore`a, math rocka i może trochę djentu. Chwilami przywodziło mi to na myśl Protest The Hero. Dużo przebojowości i pozytywnej aury biło z tych dźwięków i jak na ciężki poranek sprawdziło się to w 100%. Następnych kapel już za bardzo nie pamiętam – zbieraliśmy się wtedy do miasta i w konsekwencji, do jakiejś godziny 15 byliśmy oderwali od tego, co działo się w tym czasie na scenach.

Wróciliśmy do bazy, kiedy produkował się Voivod. Nigdy nie byłem fanem, więc nie będę się tu silił na jakieś elaboraty na ten temat. Słyszałem ten koncert spod namiotu bardzo dobrze, ale nie powiem, żeby mi dygnął. Żałowałem trochę grającego wcześniej szwedzkiego Grave`a, na który niestety nie zdążyliśmy, ale z relacji naocznych świadków wynikało, że nic nie straciliśmy, ponieważ brzmienie zostało dokumentnie spierdolone. Nie odpuściliśmy jednak djentowego Textures, które zagrało przyzwoity koncert. Co prawda, trochę za dużo jest dla mnie w ich muzie na maksa lajtowych fragmentów i specyfika niektórych refrenów nie za bardzo mi leży, ale brzmieniowo, technicznie i biorąc pod uwagę sam ich zamysł grania, nie ma się do czego przyczepić.  Instrumentalnie kosa, wokalnie za dużo zniewieściałych partii, do których mam awersję, jeśli muszę obcować z nim zbyt często. Mimo, że są kapele-wyjątki, w których nie wiedzieć czemu, jestem w stanie je zdzierżyć. Jednak Textures do nich nie należy.

Nastepnie przenieśliśmy się na Septic Flesh. Nie jestem fanem płyt, ale na żywca fajnie to gadało. Nie ukrywam, że najbardziej interesującym dla mnie punktem programu była gra Kerima, znanego wcześniej z bębnienia m.in. w Decapitated. Gość robi na garach świetną robotę, co potwierdził niniejszym występem. Chyba nie skłamię, jeśli napiszę, że jakieś 50% mocy tego koncertu, to była jego zasługa. Muzycznie to nie do końca mój klimat, bo inklinacji symfonicznych raczej unikam w tego typu muzyce, ale biorąc pod uwagę wykonanie i potężny fundament w postaci świetnego perkusisty, byłem jak najbardziej usatysfakcjonowany tym, co zobaczyłem i usłyszałem.

Z koncertu Greków przenieśliśmy się na małą scenę, gdzie udało nam się natrafić na występ anonimowego dotąd dla nas Nod Nod. Ten czeski, myślę że niezbyt znany szerszej publiczności, zespół potwierdził, że organizatorzy Brutal Assault mają niezłego nosa do zapraszanych kapel i nie ograniczają się tylko do nazw powszechnie znanych, ale dają również szanse mniej rozpoznawalnym perełkom. Do takich zalicza się w/w. Świetny, klimatyczny sludge/post-metal z kobiecym wokalem podbił nasze serca, a uczucia towarzyszące temu koncertowi określiłbym jako połączenie totalnego zaskoczenia i zachwytu. Była to muzyka często oparta na prostych środkach, ale zagrana z niesamowitym wyczuciem i smakiem. Nie trzeba bowiem często dużej ilości dźwięków, żeby w pełni wyrazić jakiś koncept. W muzyce Nod Nod można odnaleźć dużo zadumy i smutku, i biorąc pod uwagę imprezowe okoliczności tego koncertu (bo nie był to też wieczór, kiedy tego typu projekty sprawdzają się najlepiej), było to na tyle dobre,że skutecznie nas wkręciło i powstrzymało od przeniesienia się w inne rejony festiwalu. Z chęcią obadam ich w przyszłości jeszcze raz.

Kręcąc się po feście, obadaliśmy jakąś końcówkę koncertu Raised Fist, które z tego co zauważyłem trzymało poziom i dawało popalić miłośnikom hardcore`a.  My jednak byliśmy już mentalnie na koncercie Obituary, które po raz kolejny pokazało, że są na scenie death metal kapelą wyjątkową. Muza bez kombinowania, prosto z mostu i z zajebistym feelingiem. Publika im jadła z ręki, co wcale mnie nie dziwi, bo słysząc moc bijącą z tych dźwięków, która pięknie się zgrywała z wszechobecnym luzem i brakiem pozy, pozostawało tylko cmokać z zachwytu. Nie miałem żadnych zastrzeżeń, wokal Tardy`ego jak zwykle kruszył obiekty, brzmienie idealnie dociągnięte. Byłem może lekko zawiedziony brakiem „Infected” w setliście, ale pociski w postaci m.in. „Redneck Stomp”, „Visions in My Head”, „Intoxicated”, „Don’t Care”, „Chopped in Half”, „Turned Inside Out” czy “Slowly We Rot” i tak deklasowały 90% składu tego festiwalu. W związku z powyższym wywodem, jak możecie się domyślać, był to jeden z topowych jego występów z mojej perspektywy.

Później widzieliśmy na małej scenie brazylijski Rebaelliun, który także radził sobie całkiem nieźle, jednak brzmienie trochę podcięło skrzydła temu występowi. W każdym razie bardzo miło było ich zobaczyć mimo niedogodności i zmierzyć się z ich death metalem.

Przez resztę ekipy zostałem namówiony na koncert Moonspella i Satyricona, i choć wielkim fanem tych zespołów nie jestem, przeszedłem się. Na pierwszym z tych koncertów ziewałem, tupałem z niezadowolenia nogą i chciałem już sobie iść, na drugim natomiast było lepiej, choć również nie powiedziałbym żeby i ten koncert jakoś mnie wielce poruszył. Satyr i spółka to jednak była dużo lepsza opcja od grającego później Arch Enemy, który już w tym momencie jest kapelą tkwiącą w rejonach kompletnie poza moimi zainteresowaniami. Biło tandetą i mainstreamem z tego koncertu, i nie ratowało go nawet za bardzo klika fragmentów starszych płyt („Ravenous”, „Dead Bury Their Dead”). Nie za bardzo leży mi prezencja nowej wokalistki (biorąc pod uwagę zachowanie na scenie, nie wygląd) i sposób jej ekspresji. Trochę bez wyrazu i charyzmy, z dużą dozą niepotrzebnego pompowania atmosfery oklepanymi i oczywistymi tekstami w stronę publiki.

Unearth był jednak zespołem, na którym czekałem cały dzień i który nie zawiódł mnie mimo późnej pory. Biorąc pod uwagę beznadziejny koncert Parkway Drive, zespół ten pokazał, że metalcore nadal może robić robotę. I to jak. Wiem, że nie jestem w ich przypadku w ogóle obiektywny, ale od pierwszych sekund tego występu ze sceny bił taki entuzjazm i energia,  co w połączeniu z wybornie zagraną muzą było niemożliwe do zignorowania. Zgromadzeni ludzie od początku do końca robili ogień pod sceną, a sami muzykanci nie dawali chwili wytchnienia zapodając chociażby takie hiciory jak „My Will Be Done”, „Watch It Burn” czy „The Great Dividers”. Frontman też w bardzo dobry sposób nakręcał publikę, a muzycy nie stali na scenie jak kołki, dzięki czemu dźwięki pięknie współgrały z tym, co się dzieje na deskach. Do tego zajebiście zrobione brzmienie, finezyjne zagrane solówki, bardzo dobra setlista. Nawet deszcz, który zaczął padać podczas tego koncertu nie miał większego znaczenia. Unearth widziałem już ze cztery razy i kapela ta nigdy mnie nie zawiodła, a biorąc pod uwagę wyświechtaną etykietę gatunku zwanego metalcorem, można powiedzieć że ten zespół do niego równocześnie należy i nie , bo jego styl jest w jego obrębie na swój sposób unikatowy, a 99% kapel z tej szufladki może im czyścić buty.

Na zakończenie dnia zagrał jeszcze Dark Funeral, ale posłuchaliśmy go już spod namiotu i szczerze mówiąc nie za bardzo pamiętam swoim odczuć na temat tego występu. Myśleliśmy, czy nie skoczyć jeszcze na nich, bo ostatnia płyta jest wyjątkowo dobra jak na nich, ale zmęczenie zwyciężyło.

W sobotni poranek zebraliśmy się z Marshallem na koncert Hypno5e i jak nie miałem wcześniej do czynienia z tym zespołem, tak po niniejszym występie się nim zainteresowałem. Nietuzinkowe, pełne klimatu granie czerpiące garściami z nowoczesnego metalu, ale na tyle rozmyślnie skomponowane, nieprzewidywalne i zaawansowane technicznie, że ciężko było przejść obok tego występu obojętnie, mimo tak wczesnej pory dnia. Sporo nastrojowych i intrygujących wstawek przeplatało się  z dynamicznymi, połamanymi motywami, które wydawały się naturalnym rozwinięciem wyżej wspomnianych. Także na płytach ten zespół trzyma poziom, więc jak najbardziej rekomenduję go miłośnikom atmosferycznego, aczkolwiek nie rozlazłego i rozegzaltowanego metalu.

Następnie nastąpiła zmiana klimatu na bardziej oczywiste, choć pełne furii i energii granie za sprawą brytyjskiego Knuckledust, które w dziedzinie agresywnego hardcore`a radzi sobie bardzo dobrze. Zwolennicy klimatów Terror, First Blood, Pay No Respect czy Death Before Dishonor (do których i ja się zaliczam, nie ukrywam) nie powinni mieć tu żadnych zastrzeżeń. Tym bardziej, że i brzmieniowo to gadało jak należy.

Bardzo chciałem zobaczyć holenderski Disavowed, bo za czasów liceum wałkowałem ich dość namiętnie i tym występem potwierdzili, że nadal są w zajebistej formie. Świetny, brutalny death metal po linii Pyaemia czy amerykańskiego Disgorge`a gadał w jaromerskich warunkach przepięknie – selektywnie, z odpowiednią dawką gruzu, nieprzekombinowanej techniki i miażdżących zwolnień. Po prostu miodek dla koneserów tej stylistyki.

Po odbębnieniu porannych kapelowych powinności polecieliśmy na basen i szamę, w wyniku czego na teren festu wróciliśmy dopiero około 16-17 i bardziej bujaliśmy się po terenie, bo z kapel zainteresował nas jedynie Birdflesh na małej scenie. Fajnie było zobaczyć tych pajaców po latach. Przebrania, heheszkowy grindcore na bardzo dobrym poziomie, luzik wiadomo.

Tak naprawdę od Agnostic Front zaczęły się zespoły, które nas interesowały. Amerykanów widziałem niejednokrotnie i w sumie nie wiem, co jeszcze o nich nowego można napisać. Ich koncerty są powtarzalne, nadal jest to w istocie hardcore na bardzo dobrym poziomie z arsenałem przebojów, słucha się bez krzty wątpliwości, że goście czują te dzięki i każdy kto kiedykolwiek na nich był wie z czym to się je, więc nie ma się tu sensu dłużej rozwodzić. Zadziwia fakt, że ci niemłodzi już kolesie wciąż mają w sobie tyle werwy i zapału.

Behemoth. Dużo sobie obiecywałem po tym koncercie, bo ostatnia płyta z nagrywki całkiem mi leży (albo sobie to wmawiam), ale występ na żywo brutalnie to zweryfikował. W ogóle mi nie siadło. Było to na tyle napompowane patosem, nudne i pozbawione brutalności granie, że aż się zdziwiłem, bo mam w pamięci koncerty tej kapeli na świetnym poziomie i z energią, którą można by obdzielić kilka kapel. Może pójście w bardziej klimatyczne rejony sprawiło, że zespół ten wyzbył się tego pierwiastka szaleństwa, przemawiającego do mnie przy okazji wykonywania repertuaru ze starszych, death metalowych płyt. Tutaj cały czas jechali z materiałem z „Satanist” i po trzech numerach miałem ochotę dać sobie spokój i się oddalić. Zostałem jednak do końca, bo nie chciałem zgubić kumpla, który miał ochotę obejrzeć całość. Te wszystkie szopki z rozdawaniem komunii może i by fajnie wyglądały, gdyby muzyka robiła robotę, a tak czułem się zdeka zażenowany i zawiedziony przerostem formy nad treścią. Ze starych numerów poleciały tylko “Ov Fire and the Void”, “Conquer All” oraz “Chant for Eschaton 2000“.

Potem przenieśliśmy się na małą scenę na koncert Wolfbrigade, do którego miałem już podejście nr trzy. Dwa poprzednie nieudane, z różnych powodów. Do trzech razy sztuka mawiają i cieszę się, że w końcu mogłem ich odfajkować, bo ich d-beat to kawał zajebistego, rock`n`rollowego grania. Tempa, których mi na tym festiwalu brakowało weszły jak złoto i okazały się zajebistym antidotum na porcję przereklamowanej nudy, jaką uświadczyłem parę chwil wcześniej. Autentyczne, pełne dynamizmu granie, bez większej filozofii, ale z tak fajnym podejściem, że nie sposób było nie czuć do niego sympatii.

Na deser dwudziestej pierwszej edycji festiwalu Brutal Assault wystąpiła znana wszem i wobec Mgła. Dwa lata wcześniej na małej scenie, teraz na jednej z głównych o idealnej do tego typu grania porze. Rosnąca pozycja tej kapeli w ogóle nie dziwi po wydaniu rewelacyjnego „Exercises In Futility”. Można było zauważyć również wyraźną dominację koszulek z ich logiem wśród uczestników imprezy. Wspomniany, najnowszy materiał nie zdominował jednak występu Krakowian, ponieważ pojawiły się jeszcze trzy numery z „With Hearts Toward None”, jeden z „Mdłości” oraz „Further Down the Nest I” na otwarcie. Koncert znakomity. Żadnej wymuszonej konferansjerki, pajacowania, same emocje płynące z dźwięków. Kompletna przeciwwaga dla opakowanego w wizualne fajerwerki koncertu Behemotha. Muzyka Mgły robi wrażenie przede wszystkim ze względu na jej hipnotyczny charakter oraz oryginalne wykorzystanie melodyki. Świdrujące dialogi między dwoma gitarami, choć oparte na dość prostych i nieprzesadnie naszpikowanych dźwiękami, długo ciągniętych patentach tworzą na tyle intrygujące i monumentalne harmonie, że nie sposób przejść wobec nich obojętnie. Na napędzie deszczu blastów brzmi to jeszcze bardziej przeszywająco. Miałem wrażenie też, że zespół momentami zwiększał prędkość w porównaniu z tempami znanymi z płyty, co dodawało element pewnego zaskoczenia. Co mi się w stylu Mgły również bardzo podoba, to fakt, że nie jest to soundtrack do zabawy pod sceną dla najebanych ogrów. Żeby w pełni ogarnąć numery tego zespołu, trzeba po prostu przystanąć i się w nie wkręcić w swojej własnej głowie. I co najważniejsze, jest to z pewnością jedna z tych formacji, na które chce się wracać.

I właściwie na tym zakończyła się przygoda na tegorocznym Brutal Assault. Bardzo udana impreza jak zwykle. Było oczywiście trochę spraw, do których można byłoby się przyczepić, ale przy tym nawale dobrych wrażeń muzycznych, jak i pozamuzycznych, nie ma co rzeźbić i wracać do jakichś tam niuansów.

W niedzielę od rana pakowanko gratów, powrót przez pół Polski bez szyby i tradycyjne tygodniowe dochodzenie do pełni sił. Jak zawsze bardzo miło wspominam każdy kolejny wypad do Jaromeru i oby tak było dalej. Dziękuję bdb koleżkom za pierwszorzędne towarzystwo i mam nadzieję, że za rok widzimy się w tym samym składzie, a może i w rozszerzonym.

 

 

 

 

 

Od zawsze na zawsze, eleganckie zachowanie. A nie w chuja granie, zyski równo rozliczane. Przekaz hula, dobra morda kuma, kto nie kuma no to rura.

NO COMMENTS

Leave a Reply