Calm The Fire/The Dead Goats [split 2017]


Nie od dziś wiadomo, że Calm The Fire i The Dead Goats to skupiny, które dobrze się dogadują. Nie dziwota, bo sympatyczne z nich ziomy i od dawna fundują nam konkretne dźwiękowe wystrzały.

Gdyby ktoś nie miał okazji zetknąć się z twórczością dżentelmenów z Pomorza, uprzejmie informuję, że ich domeną jest hardcore z domieszką metalu (czy nawet lekkim powiewem grindu) w klimatach Trap Them czy All Pigs Must Die. Czyli jest to wyziew raczej niepiękny, szorstki i wkurwiony, jak również nieprzebierający w środkach, a tworzą go kompozytorzy unikający upiększania swojej muzyki wykwintnymi wycieczkami w stylu Joe Satrianiego czy Joe Bonamassy. Dominują sprinterskie tempa punkowe, choć w zamykającym część Calm The Fire „Nations Of Cowards” znalazło się też sporo miejsca dla zwolnień urozmaiconych przegadanymi samplami, m.in. popisami krasomówczymi wielkiego Polaka Łukasza Stanisławowskiego. A propos wątków patriotycznych, dobrym pomysłem moim zdaniem było użycie w niektórych tekstach rodzimej mowy. Dodało to zawiadiackim gonitwom chłopaków całkiem odjazdowej dynamiki. Brzmienie piosnek wysokogatunkowe i ładnie się tu wszystko uzupełnia, mimo że tu tyle łomotu, zgiełku, wrzasku i hałaśliwego hałasu. Krótko i na temat.

I po jakichś 8-9 minutach przychodzi front atmosferyczny z północy. Jego rzężenie doprowadzi do niekontrolowanego ślinotoku niejednego starego wygę, który za „Left Hand Path” sprzedałby swoją starą. Dwóch białostockich hultajów po dezercji gitarzysto-wokalisty nie dało za wygraną i przejęło jego obowiązki, z czym poradzili sobie elegancko. Kawałki jak zwykle stylistycznie jadą po linii najlepszych szwedzkich klasyków i są opatrzone w brzmienie druzgocące poczucie estetyki każdego ulizanego pozera pałującego się Asking Aleksandria. Obfite porcje gruzu sączące się z riffów przyozdobione charakterystyczną melodyką i karczemnymi wokalami rezonują z głośników z wyborną witalnością znaną z szumiących, przegrywanych taśm, przy których odsłuchu nie było wcale pewne, czy za brzmienie odpowiada zespół czy nikczemnej jakości nośnik. Jestem niezwykle kontent, że i w tych plastikowych czasach udaje się co poniektórym z powodzeniem uzyskać ten efekt. Przejęcie funkcji wokalnych przez Radka i Marcina absolutnie nie wpłynęło ujemnie na charakter całości. Jest trochę inaczej, ale nie wiem czy nawet barwa Franza Maurera bardziej mi tu nie współgra z całością. Momentami zaczęła mi się nawet trochę przypominać Neuropathia, szczególnie w zamykającym coverze CarcassTools Of The Trade”. No i cóż można więcej dodać – The Dead Goats to znana marka i wiadomo czego się spodziewać, a jak nie wiesz, to weź się nie kompromituj, tylko idź i się kurwa dowiedz.

Bardzo fajny split- dwie odmienne stylistycznie formacje, ale obie jednakowo dobrze robią robotę, dzięki czemu możemy być pewni, że ani jedna ani druga nie wystąpi nigdy w Opolu.


Od zawsze na zawsze, eleganckie zachowanie. A nie w chuja granie, zyski równo rozliczane. Przekaz hula, dobra morda kuma, kto nie kuma no to rura.

NO COMMENTS

Leave a Reply