Deathcrusher Tour 2015 – Carcass, Obituary, Napalm Death, Voivod, Herod – 12.11.2015@Warszawa, Progresja


Deathcrusher Tour było bez wątpienia jednym z najciekawszym tegorocznych wydarzeń na metalowym harmonogramie koncertowym. Bardzo mocny skład sprawił, że sala koncertowa Progresji pękała w szwach. O ile cieszy tak duża frekwencja i koniunktura na tego typu dźwięki, to jednak momentami ten natłok był dość męczący. Szczególnie jeśli chciało się namierzyć znajomych w tej całej masie ludzkiej. Pomińmy jednak ten aspekt i przejdźmy do meritum, które przyciągnęło ten cały motłoch w jedno konkretne miejsce.

Do klubu przybyłem z niedużym spóźnieniem, jednak na tyle znaczącym, aby przegapić występ pierwszej formacji, jaką był nieznany mi Herod. Z kilku relacji naocznych świadków wynikało, że w roli mięsa armatniego zespół ten poradził sobie lepiej niż dobrze. Jednak nie będę tu siał plotek, kto był ten wie, a kto nie był, ten nie wie. Ja nie wiem i za młody jestem na Heroda ;).

Po wejściu do przybytku udałem się zobaczyć znaną i uznaną markę, jaką jest Voivod. Bardziej z ciekawości, ponieważ moje podejścia do tego zespołu zawsze kończyły się fiaskiem (czyt. wyłączeniem ich muzyki). Pewnie jestem ograniczonym ignorantem, ale ten zespół kompletnie do mnie nie przemawia. Doceniam, szanuję, mam świadomość że wiele osób ich lubi (dużo osób przyjechało do Warszawy specjalnie dla nich), ale to nie moja para kaloszy. Myślałem, że może na żywo się przekonam, ale przemęczyłem się dwa kawałki i odpuściłem sobie. Nie miałem zastrzeżeń co do wykonawczej strony. Odniosłem też wrażenie, że scenicznie również wypadają bardzo sympatycznie, a osoby zajarane ich stylem grania były usatysfakcjonowane.

Przejdźmy do Napalm Death, który zgromadził pod scenę bardzo dużą rzeszę osobników żądnych brutalnego hałasu. Opinie na temat tego występu były podzielone- niektórzy wychwalali Anglików pod niebiosa, ja jednak postawiłbym się pod drugiej stronie barykady. Był to co najmniej siódmy koncert Napalmów, jaki widziałem i niestety jeden z gorszych. Oni zawsze borykali się z problemem brzmieniowego ustawienia, ale z biegiem czasu ich grindcore coraz częściej ustępuje miejsca kakofoniacore`owi (jak ktoś był w tym roku na Ursynaliach, to wie o czym piszę). Przez większość koncertu gitarzysta miał problem z przerywającym sygnałem, a muzyczne oblicze Napalm Death sprowadzało się do łomotu stopy i ryków Greenwaya. Dopiero w drugiej połowie udało się zniwelować te mankamenty. Set przekrojowy, na początek poleciały głównie kawałki z ostatnich płyt: „Apex Predator – Easy Meat”, „Silence Is Deafening”, „On the Brink of Extinction”, „Timeless Flogging” czy „Cesspits”. Drugą połowę zdominowały stare hity: „Siege Of Power”, „Scum”, „Suffer The Children” czy cover Dead Kennedys „Nazi Punks Fuck Off” i ta część koncertu podobała mi się najbardziej, ale generalnie przez większość czasu stałem i nie wiedziałem, co mam sobie o tym wszystkim myśleć. Ale biorę też pod uwagę, że ten chaos mógł wynikać z miejsca, w którym się ustawiłem. Trochę to smutne, ale następnym razem będę się zastanawiał czy kolejny raz się na nich wybrać, albo wprawię się, jak co poniektórzy, w totalny stan nieważkości przed koncertem i będzie mi się podobało bez względu na to, czy coś na nim usłyszę :).

Z Obituary sytuacja wyglądała kompletnie inaczej. Wiadomo, że muzyka Amerykanów jest z zupełnie innej bajki- zarówno ze względu na samą specyfikę, jak i odmienny rodzaj temp, łatwiej ją nagłośnić w sposób selektywny i klarowny. Po rewelacyjnym występie na Brutal Assault rok wcześniej spodziewałem się, że zawodu nie będzie. I już pierwsze dźwięki, jakie popłynęły z głośników („Redneck Stomp”) podziałały stymulująco na kark i boczki :). Prostota, ciężar, brud, ponury klimat i oczywiście niepowtarzalny skowyt Tardy`ego wyzwoliły u zgromadzonych starych pierdzieli duże pokłady sentymentu. Pod sceną się kotłowało, zwolnienia miażdżyły, solówki potęgowały klimat, a hiciory w postaci „Slowly We Rot”, „Don`t Care” czy „Til Death” rozkoszowały łepetynę i wprawiały kąciki ust w mimowolny ruch ku górze. Zdecydowana większość napotkanych przeze mnie osób obstawała za zdaniem, że był to występ wieczoru. Mi do szczęścia zabrakło jedynie „Infected”, ale ogólnie również nie mam pytań.

Carcass jest przeze mnie zespołem uwielbianym, włączając to całokształt dyskografii, dlatego rozentuzjazmowany podszedłem do ich koncertu. Nie spodziewałem się jednak, że dopiero za trzecim razem w pełni rozbudzą moją słabość. Przede wszystkim koncert był świetnie wykręcony pod względem brzmieniowym, wszystko grało jak w szwajcarskim zegarku i mimo znaczącej złożoności kompozycyjnej niektórych numerów każdy takt i dźwięk się zgadzał. Płynące ze sceny dźwięki wprawiły mnie w wyjątkowo pozytywny nastrój i zadziałały na mnie znacząco na poziomie emocjonalnym, a zauważyłem że biorąc udział w koncertach regularnie od kilkunastu lat, mocno uniewrażliwiłem się na takie reakcje i już niewiele kapel potrafi mnie tak chwycić za serducho. Odpowiadał mi zarówno repertuar z ostatnich, nazwijmy to rock`n`rollowych dokonań zespołu, jak i klasycznych, „medycznych” kawałków. Set był na tyle długi, że znalazło się sporo miejsca na oba oblicza Carcass. Nie rozumiem też wyrzekania co poniektórych osobników, że Brytyjczycy grają melodyjnie. To wygląda tak jakby zatrzymali się na „Symphonies of Sickness” i spędzili ostatnie ćwierć wieku pod ziemią. Oczywistą oczywistością jest, że nie będą grać tylko starych rzeczy, a jak się komuś to nie podoba, zawsze może sobie Carcass odpuścić i pójść na gig Exhumed, Impaled albo Haemorrhage. Z ostatniej płyty „Surgical Steel” kapela zagrała „Unfit For Human Consumption”, „Cadaver Pouch Conveyor System”, „Captive Bolt Pistol”, „The Granulating Dark Satanic Mills” i balladkę „Mount of Execution”. Oprócz tego trzy numery z „Heartwork” (tytułowiec, „Buried Dreams” i „This Mortal Coil”), „Keep On Rotting…”, „Black Star” ze „Swansong”, a ze starszych kawałków „Exhume To Consume”, „Reek Of Putrefaction”, „Corporal Jigsore Quandary”, „Genital Grinder”, „Incarnated Solvent Abuse” i parę innych. Dość bogaty przekrój jak widać. Podobał mi się też kontakt z publiką- częste nawiązywanie dialogu, dzielenie się wodą, kontakt wzrokowy. To robi bardzo dobre wrażenie i uzupełnia zajebistą muzykę fajnym klimatem międzyludzkim.

Reasumując, bardzo fajna impreza, nie sposób było się nudzić, choć osobiście wolę klimat bardziej kameralny, ale przy takim line-upie ciężko się tego spodziewać. Szacunek i podziękowania dla Knock Out, robicie zajebistą robotę.


Od zawsze na zawsze, eleganckie zachowanie. A nie w chuja granie, zyski równo rozliczane. Przekaz hula, dobra morda kuma, kto nie kuma no to rura.

NO COMMENTS

Leave a Reply