Hatebreed, Dying Fetus, Drown My Day, Tarpan – 14.04.2017 @Warszawa, Progresja


Bardzo miły prezent sprawiło mi Knock Out Productions na moje dwudzieste ósme urodziny. Mając w pamięci opuszczony koncert Dying Fetus na ubiegłorocznym Brutal Assault, który jak wynikało z relacji naocznych świadków wbudził rewelacyjny odzew publiczności, chciałem nadrobić zaległości jak najszybciej i sprawdzić aktualną formę mistrzów technicznego death/grindu. Headliner w postaci Hatebreed również był zachęcający, a i rodzime supporty dobrane bardzo fajnie.

Koncert odbywał się w piątek, więc musiałem sobie dobrze wszystko poorganizować, żeby móc dobić do Warszawy na czas. Tyle dobrego, że był to wielki piątek, więc można było urwać się z roboty, choć droga do stolicy upłynęła mi na tyle długo, że byłem zmuszony opuścić pierwszą kapelę. Imprezę otwierał poznański Tarpan, który obraca się w klimatach stoner/sludge, a który był dla mnie o tyle zachęcający, że powstał on za sprawą członków uwielbianego przeze mnie Faust Again. Niestety jak wspomniałem problemy logistyczne uniemożliwiły mi dotarcie na ten występ.

Pierwszym zespołem, jaki udało mi się zobaczyć tego wieczora był krakowski Drown My Day. Zespół mi dobrze znany i widziany niejednokrotnie, jeden koncert sam im nawet zrobiłem dobrych parę lat temu. Oblicze tego zespołu zmieniło się w przeciągu tych paru lat, mimo tego, że dalej poruszają się w obrębie mniej popularnego ostatnio deathcore`a. Panowie są jednak konsekwentni, choć w ich obecnej inkarnacji słychać więcej inspiracji death metalem. W każdym razie w ich wydaniu deathcore`a mniej jest obecnie metalcore`a, a więcej ukłonów w stronę cięższych klimatów. Koncert całkiem w porządku, dobry technicznie, nowy bębniarz również radzi sobie bez zarzutu. Brzmieniowo nie do końca jeszcze mi to wszystko pasowało, ale to już taka przypadłość supportów. Chłopaki promowali tym koncertem swoją ostatnią, dopiero co wydaną EP „Nightmare Becomes Reality”.

Następnie rozstawili się Panowie z Dying Fetus. W Polsce widziałem ich prawie 10 lat wcześniej, w międzyczasie na Brutalu, ale tęskniłem za ujrzeniem ich na polskiej ziemi. Nie zawiodłem się, choć występ ten nie zrobił na mnie tak piorunującego wrażenia jak poprzednie. Dużo wrażenia popsuło mi brzmienie, którego nie dopieszczono na tyle odpowiednio, żeby wyrywało z butów. Nie mam zamiaru jednak psioczyć na gości, bo to akurat siła wyższa, a i nie było tak źle, żebym mógł mieć jakieś wielkie powody do narzekań. Panowie z Umierającego Płodu robią niesamowite wrażenie pod kątem faktu, że jest ich tylko trzech. Wszystko jest jednak odegrane perfekcyjnie, rasowo i bez kompleksów. Jeśli dodamy do tego unikalny odkurzacz, który z otworu gębowego robi John Gallagher, niesamowite aranżacje i niepowtarzalny groove, nie trzeba zadawać więcej pytań. Oni są po prostu świetni w tym, co robią. Setlista raczej przekrojowa, poleciały następujące numery: „Justifiable Homicide”, „From Womb to Waste”, „Fixated on Devastation”, „Epidemic of Hate”, „Your Treachery Will Die With You”, „Grotesque Impalement” czy „Killing on Adrenaline”. Nie mogłem przeboleć braku „Schematics”, ale to w końcu pierdolony death metal, a nie koncert życzeń :)

Na koniec zaprezentował się znany i lubiany Hatebreed, który widziałem już nie wiem który raz i w sumie nie spodziewałem się szczególnego zaskoczenia. Jednak jego element był, ponieważ brzmieniowo akurat Hatebreed wygrał ten kwietniowy wieczór. Mogła na to wpłynąć specyfika, bardziej prostej w stosunku do Dying Fetus, muzyki, ale chyba też nagłośnieniowcy zespołu mieli w tym swój walny udział. Brzmienie było selektywne, soczyste i idealnie współgrające z energią płynącą z nut tej formacji. Jamey Jasta jest oprócz tego znakomity frontmanem, więc publika jadła mu z rąk, a pod sceną się zakotłowało dość znacząco i intensywnie. Trzeba również nadmienić, że setlista była bardzo szeroka, a sam koncert naprawdę długi. Spośród numerów, jakie zaprezentowali Amerykanie były m.in. „Looking Down the Barrel of Today”, „Puritan”, „Live for This”, „Everyone Bleeds Now”, „In Ashes They Shall Reap”, „Perseverance”, „To the Threshold”, „Tear It Down”, „Honor Never Dies”, „This Is Now”, „Proven” etc. Jak widać, kapela nie skoncentrowała się jedynie na ostatnich dokonaniach, czyli krążku „The Concrete Confessional”, ale dokonywała również licznych retrospekcji, przypominając stare przeboje. To było na tyle zajebiste, że po powrocie z koncertu nabrałem ochoty na odświeżenie sobie tych klasyków, do których nie wracałem szmat czasu.

Reasumując, koncert spełnił moje oczekiwania, frekwencyjnie też było całkiem nieźle, spotkałem trochę dawno nie widzianych pyszczków i ogólnie było bardzo bardzo miło :)


Od zawsze na zawsze, eleganckie zachowanie. A nie w chuja granie, zyski równo rozliczane. Przekaz hula, dobra morda kuma, kto nie kuma no to rura.

NO COMMENTS

Leave a Reply