Impact Festival 2015

Fanem Slipknota nie jestem. Zawsze traktowałem go jako niezobowiązującą i efektowną, ale chwytliwą bujakę, której często zdarza się zaprezentować coś może i wciąż banalnego, ale przebojowego, a wiadomo, że napisać dobry szlagier nie jest łatwo. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie kreowany w warstwie lirycznej zamerykanizowany weltschmerz, który wraz z czystymi zaśpiewami zamienia niektóre piosenki w żenujące emo-pieśni – brzydzę się komercją i nie potrafię się z tym przeprosić; a dodatkowo tutaj wszystko jest idealnie wyważone, aby trafić do określonej, intratnej grupy odbiorców. Nawet bym nie pomyślał o siedmiu godzinnej trasie do łódzkiej Atlas Areny, gdyby nie Patryk – chory na mukowiscydozę chłopak i szefostwo portalu HeavyRock, które zorganizowało dla niego i jego opiekuna bilety w strefie Golden Circle. Znajomi jechali, więc się zabrałem – wiadomo, że na żywo to co innego, w końcu kto nie lubi się trochę pobujać. Zwłaszcza, że obok Slipknota pojawił się mój ulubiony metalowy zespół – Gojira oraz Godsmack. Innych nie zauważyłem…

Pogoda nie sprzyjała – po koncertach na arenie lekko padało, ale przede wszystkim było zimno, a w nocy nawet bardzo zimno. Teren festiwalu nie był specjalnie rozległy i praktycznie tylko po prawej stronie od wejścia porozstawiano stragany z jedzeniami, piciami i gadżetami, można było również trafić na nergalowych golibrodów. Obok pozostałych ¾ obrębu hali prawie nic się nie działo, poza tym, że stało tam kilka Toi Toii z „kilometrowymi” kolejkami i mała scena. Długie i kręte kolejki prowadziły również do wejść na arenę; na bilecie miałem określoną bramę, którą miałem do niej wejść, od razu pomyślałem, że każdy dostał swój przydział, a że jest ich sporo, wszystko pójdzie sprawnie – nie pamiętam ile dokładnie otworzono, ale zdecydowanie mogłoby być ich więcej. Warto odnotować, że bilet na sprecyzowane miejsce z dwóch najtańszych sektorów trybun kosztował 179 zł, a na pozostałe już kilkadziesiąt złotych drożej, tymczasem tak jak wejścia do wszystkich stref były obstawione, tak na trybunach można było siadać wszędzie, gdzie tylko było wolne – nikt nikogo nie prowadził za rączkę; no chyba, że ktoś zgłosiłby jakieś obdukcje co do swojego miejsca do ochrony, więc wystarczyło poczekać, aż wszyscy się usadowią. Dwa metry obok mnie siedzieli ludzie, którzy zapłacili kilkadziesiąt złotych więcej ode mnie…

Impact Festival [2]

Dla mnie koncerty zaczęły się dopiero na arenie, gdzie jako pierwsza zagrała Gojira – przeciwieństwo headlinera. Ascetyczna scenografia, a właściwie poza instrumentarium i logiem zespołu brak jakiejkolwiek scenografii – proste przesłanie: chodzi o muzykę, nie o zbędne „upiększacze”. Których też nie sposób doszukać się w muzyce francuzów – nie znajdziecie tam żadnego zbędnego dźwięku – jakby próbowali stworzyć jak najlepiej zaaranżowane piosenki, przy jak najmniejszym wykorzystaniu jak najbanalniejszych środków, a to wszystko podszyte solidną rytmiką. I nie ma to nic wspólnego z „matematyką”, klimat jest niesamowity! Mario łączy wszystkie trzy najogólniejsze określenia perkusisty: feeling, technikę i groove. A przy tym robi to tak, że każda z tych cech wydaje się być opracowana do perfekcji. Kolejny koncert Gojiry w Krakowie został odwołany z powodów rodzinnych. Na początku wydawało się, że to po prostu specyfika ogromnej hali – muzyka nie była tak ciasna, zwarta jak powinna (wszystko wydawało się rozmymłane), ale faktycznie zagrali każdy utwór o 10-15% wolniej. Mario grał bardziej emocjonalnie, więcej uderzeń było wyprowadzonych zza pleców; Joe w trakcie „Flying Whales” zaciskał usta, jakby już nie mógł wytrzymać napięcia – zespół nie sprecyzował okoliczności odwołania krakowskiego koncertu, ale występ był niemalże żałobny.

Slipknot ostatnim razem zagrał w Polsce w 2009 roku w warszawskim Torwarze. Sporo się od tego czasu pozmieniało – ukazała się bdb piąta płyta i przetasował się skład. Na pewno można powiedzieć, że Slipknot na żywo stanowi swego rodzaju widowisko – scenografia jest kolorowa i rozbudowana, a światła bogate i dynamiczne; po prostu świetnie się na to patrzy, zwłaszcza z góry, siedząc na trybunach. Długa absencja zespołu odbiła się na reakcji fanów – wokalista Corey Taylor stwierdził, że przyjęliśmy ich tak, jakby pochodzili z Polski. W trakcie utworu „Spit It Out” publiczność kucnęła bez komendy Taylora, a ten powiedział, że zdarzyło się to po raz pierwszy w historii, po czym dodał: „The rest of the world can suck it, you motherfuckers are amazing!”! Po komendzie: „Jump the fuck up!” CAŁA płyta zaczęła skakać – piękny widok. Znajomy z ekipy, który oglądał wszystkie „aktualne” koncerty zespołu zauważył, że Taylor rzeczywiście był o wiele bardziej poruszony publicznością; wielokrotnie obiecywał, że na pewno wrócą do Polski. Zabrakło tylko „People = Shit”, ale nie można narzekać – zagrali również kilka starych kawałków.

Pomimo padającego deszczu, zostaliśmy wyproszeni spod betonowych dachów hali, nie mogliśmy nawet skryć się pod nimi na zewnątrz. Godsmack zadebiutował w Polsce na małej scenie, biorąc pod uwagę ich „rozpoznawalność”: zdecydowanie mogliby zagrać na arenie. Wokalista zespołu – Sully Erna nie krył rozczarowania, powiedział, że na pewno wrócą do Polski, ale ma nadzieję, że następnym razem będzie nas 20 razy więcej i zagrają w środku. Dobrze nagłośnione brzmienie Godsmack – po koncercie Spliknota – było niemalże katartyczne. Naprawdę przyjemnie słuchało się tych lekkich, melodyjnych piosenek. Zespół bardzo rozrywkowy – zagrali madley z riffami AC/DC, Led Zeppelin, Metallici i wielu innych, byliśmy także świadkami pojedynku na bębny pomiędzy wokalistą i prawowitym perkusistą zespołu – Shannonem Larkinem. Miało to swój urok jako koncert zamykający dzień, ale myślę, że w środku przestałby sprawiać wrażenie dokładki do dania głównego i gdyby nie atmosfera lekkiego zażenowania, zagraliby o wiele lepiej.

Na pewno nie był to festiwal sensu stricto. Tam się idzie po to, żeby przeżyć duże emocje na dużych koncertach, a nie po to, żeby koczować w namiocie radośnie żłopiąc kolejne piwko i z 20 zaplanowanych sztuk zobaczyć 5. Organizatorzy chwalili się, że w tym roku wreszcie po wejściu na arenę będzie można ją opuścić w trakcie koncertu, jak na prawdziwym festiwalu; jakkolwiek: atmosfera i tak nie ma z nim nic wspólnego – nie sposób, żeby tak było, gdy koncerty odbywają się w prawie 14-sto tysięcznej Atlas Arenie.

 

Gojira:

  1. Ocean Planet
  2. The Axe
  3. The Heaviest Matter of the Universe
  4. Backbone
  5. Love/Remembrance
  6. The Art of Dying
  7. Drum Solo
  8. Toxic Garbage Island
  9. L’Enfant Sauvage
  10. Flying Whales
  11. Vacuity

Slipknot:

  1. XIX
  2. Sarcastrophe
  3. The Heretic Anthem
  4. Psychosocial
  5. The Devil in I
  6. AOV
  7. Vermilion
  8. Wait and Bleed
  9. Killpop
  10. Before I Forget
  11. Duality
  12. Eyeless
  13. Spit It Out
  14. Custer
  15. 742617000027
  16. (sic)
  17. Surfacing
  18. -Funny-
  19. ‚Til We Die

Godsmack:

  1. Straight Out of Line
  2. Awake
  3. 1000hp
  4. Cryin’ Like a Bitch
  5. Something Different
  6. Keep Away
  7. Voodoo
  8. Batalla de los Tambores
  9. Whatever
  10. I Stand Alone

NO COMMENTS

Leave a Reply