Impericon Never Say Die – 26.04.2016 @Kraków, Rotunda

Wciąż niezwykle aktywne Knock Out Productions postanowiło sprawić niespodziankę miłośnikom nowoczesnych brzmień i sprawiło, że do Polski zawitał jeden przystanek tegorocznej trasy Impericon Never Say Die. Szczerze powiedziawszy, niezbyt interesował mnie jej skład poza jednym elementem – wracającym do gry, kanadyjskim Despised Icon.

Reaktywacja wspomnianego wyżej zespołu zmobilizowała mnie i jednego z ziomów do udania się do Krakowa celem sprawdzenia jego formy. Sam fakt podróży w sprzyjających okolicznościach pogody sprawił dużo przyjemności, a że byliśmy w historycznej stolicy Polski dość wcześnie, mieliśmy wiele czasu na szwendanie, piwko w plenerze itp. Mieliśmy okazję nawet natrafić na gości z Despised Icon pod Sukiennicami.

Na tyle zasiedzieliśmy się na plantach, że przegapiliśmy rozpoczynający muzyczny wieczór, występ Hellions. Wielce zawiedzeni tym faktem jednak nie byliśmy.

Końcówka koncertu Hundredth sprawiła dość dobre wrażenie – niezły, melodyjny hardcore, o dość pozytywnym wydźwięku. Nie jest to może wielce oryginalny zespół i w tej działce jest wiele zespołów bardziej mnie przekonujących, ale i tak w zestawieniu niniejszej trasy, formacja ta wypadła nieźle na tle reszty. Szczerze wolę posłuchać sobie takiego lajtowego hc z niegłupią melodyką niż jakichś tam wynalazków grających jeden wielki breakdown.

Jako następny zespół wyszedł Chelsea Grin i było to dla mnie pozytywne zaskoczenie. Nie pod tym kątem, że rozpływałem się w dźwiękach, jakie generowała ta grupa, ale sprawdzając przed koncertem jakieś ich numery na youtube spodziewałem się grzywek i kastrackich wokali. Tymczasem chłopaki zapodali całkiem niezły deathcore, który co prawda po jakimś czasie zaczął mnie nudzić, bo było to dość wtórne granie mimo wszystko, ale z dwojga złego wolałem to niż jakieś smutne jęczenie.

Zaraz po nich przyszedł czas na Despised Icon. Największy zawód dotyczył niestety brzmienia, które w Rotundzie jest zjebane od kiedy pamiętam i ze wszystkich koncertów tego zespołu, jakie miałem okazję do tej pory uświadczyć, ten pod tym względem był niestety najgorszy. Przymykając na ten element oko, Kanadyjczycy ciała nie dali. Słychać i widać było ich duże zaangażowanie, żeby nawałnica, jaką produkowali wypadała jak najlepiej. Uwagę zwracał morderca na perkusji, momentami gwałcący swój zestaw do granic możliwości, i oczywiście dwóch frontmanów, którzy oprócz fundowania zgromadzonym energiczne wymiany wokali, dobrze podkręcali żywiołowo reagującą publiczność. Ciężko też o nich powiedzieć, żeby byli statyczni – dzięki ich ruchom na scenie nie było zastoju, a to też pozytywnie wpływało na ogólny odbiór. Niestety realia objazdówki pozwoliły na zagranie niewielkiej ilości numerów, ale udało się wysłuchać takich numerów jak „Furtive Monologue”, „Retina”, „In The Arms Of Perdition” czy „MVP”.

Northlane to całkiem niezła kapela, ale po przejeździe takiego buldożera jak Despised Icon, nie było opcji, żeby romantyczne dźwięki Australijczyków dotarły do nas tak jak trzeba. Dużo było tu budowania klimatu zwolnieniami, post-hardcore`owych pasaży, emocjonalnych partii wokalnych i kompletnie odmiennej ekspresji. Wszystko to było osadzone na djentowym fundamencie i wymieszane z agresywniejszymi, połamanymi partiami. Jako rozprężenie koncert Northlane sprawdził się nieźle, choć nerki bym za ten zespół nie oddał.

Na koniec na deski Rotundy wskoczył Emmure, którego nie cierpię i traktuję jako jedną z tych kapel grających jeden wielki breakdown. Zachowaliśmy jednak resztki przyzwoitości i wytrzymaliśmy dwa numery. Trochę fascynuje mnie fenomen popularności tej formacji i reakcji publiki, ale w tym przypadku diabeł chyba tkwi w prostocie i specyficznej monotonii, która jest chyba paradoksalnie łatwo przyswajalna i mało wymagająca.

Skład tegorocznego Impericonu nie był zbyt szałowy w tym roku, ale warto było się wybrać ze względu na Despised Icon. Choć następnym razem zastanowię się trzy razy nad gigiem w Rotundzie, bo brzmienie bywa tam jednak czasem naprawdę przygnębiające.

Od zawsze na zawsze, eleganckie zachowanie. A nie w chuja granie, zyski równo rozliczane. Przekaz hula, dobra morda kuma, kto nie kuma no to rura.

NO COMMENTS

Leave a Reply