Maria Konopnicka [jądra starego wyżła]


Z pewnością wielu z Was kojarzy blogera, który ukrywa się pod pseudonimem Maria Konopnicka. Tak się składa, że od jakiegoś czasu jest on jednym z moich ulubionych publicystów piszących o metalu. Wyróżnia się przede wszystkim bardzo przystępnym stylem i lekkością pióra, a jego pełne wyobraźni i humoru wpisy czyta się jednym tchem. Kolega zdecydowanie ma talent literacki i jak się w poniższej rozmowie okazało, nie pożytkuje go jedynie na pisanie o hałasie. Pomyślałem, że warto byłoby z tym gościem przeprowadzić wywiad. Po facebookowym śledztwie ustaliłem, kim jest ów osobnik i przystąpiłem do działania. Patrząc na zapis konwersacji, myślę że wybór rozmówcy był strzałem w dziesiątkę, ale najlepiej oceńcie to sami. 

Muzyka jest z pewnością wielką częścią Twojego życia, podobnie jak mojego. Czy nie jest tak, że w którymś momencie, na pewnym poziomie „wtajemniczenia”, staje się ona swego rodzaju zawoalowanym pamiętnikiem, pewne konfiguracje dźwięków zapewniają miły powrót do przeszłości, a kolekcjonowanie płyt jest czymś podobnym do zbierania albumów zdjęć? Po Twoich wpisach na blogu widać to bardzo wyraźnie, że często kojarzysz jakieś wydarzenia w swoim życiu z konkretnymi płytami czy zespołami.

Tak. Muzyka, której słucham jest poniekąd ścieżką dźwiękową mojego życia. Ona od ćwierć wieku towarzyszy mi każdego dnia i w nią wpisane są moje najróżniejsze wspomnienia. Wracając do starych płyt często powracam myślami do chwil, które mnie z nimi łączą. Nie należę jednak do osób, które twierdzą: „wszystko co najlepsze zostało już nagrane”, bo to trochę tak jakbym doszedł do wniosku, że wszystko co najlepsze już przeżyłem.

Potrafię doceniać nie tylko to co przeminęło, ale także to co jest teraz, a mój apetyt na więcej jest wciąż nieposkromiony. Dlatego wciąż trzymam rękę na pulsie, poznaję dużo nowości i niemal każdego dnia odkrywam nowe płyty i zespoły. Siła sentymentu jest ogromna, ale nie można stać się jej niewolnikiem.

Jestem pewien, że zdarza Ci się też pamiętać mało istotne szczegóły z początków zainteresowania tą muzyką- głupoty wręcz pokroju, jaki plakat był w danym numerze Metal Hammera. Łapiesz się na tym? Niby młody umysł chłonie wszystko lepiej, ale chyba większe znaczenie ma to, jak bardzo imponującym rodzajem muzyki jest dla dzieciaka ten cały hałas. Co najbardziej imponowało Ci w tego typu muzyce, kiedy zaczynałeś z nią przygodę?

Z młodych lat pamięta się zdecydowanie więcej i to nie tylko w kontekście muzyki. Wówczas czas płynął zupełnie inaczej – gdy słyszałem w szkole, że klasówka będzie za trzy tygodnie to w ogóle nie zaprzątałem sobie tym głowy. To tak jakby mi ktoś dziś powiedział, że coś wydarzy się za trzy lata. W połowie lat dziewięćdziesiątych płyty z połowy lat osiemdziesiątych były starociami, klasykami, archiwaliami. Poznawało się je jak eksponaty muzealne. Dziś płyty sprzed dziesięciu lat wciąż są dla mnie świeże i niemal nowe.

Niedawno na ten temat rozmawiałem z kolegą. Bez trudu przypominaliśmy sobie co było na okładkach magazynów muzycznych z 1993, jaki był album miesiąca, jak oceniano poszczególne płyty, podczas gdy niewiele mogliśmy sobie przypomnieć z aktualnych czasopism. Ale te dwadzieścia lat temu, w ciągu miesiąca docierało do nas mniej informacji niż dziś w ciągu jednego dnia. Informacje o muzyce metalowej się celebrowało, rozsmakowywało się w nich. Pierwsze magazyny muzyczne, które wpadały w ręce były czytane wielokrotnie, przeglądane setki razy. Ja nawet kiedyś z Metal Hammera pożyczonego od kolegi przepisałem sobie cały katalog Metal Mindu. Dziś nie bardzo rozumiem po co, ale wtedy chciałem ten spis mieć.

Dziś łapię się na tym, że biorę w Empiku do ręki magazyn muzyczny i nie mam pewności czy to nowy numer. Kartkuję i dopiero jak jestem w połowie uświadamiam sobie – no tak, przecież czytałem, bo wkurzyłem się na tę recenzję.

Co mi imponowało? Przede wszystkim muzyka – jej złożoność, gęstość i pozorna nieprzystępność. Fascynowało mnie jej odkrywanie, zarówno pod względem muzycznym jak i emocjonalnym. Podobało mi się, że z tej ściany skomasowanego dźwięku po kilku czy kilkunastu przesłuchaniach udawało mi się wyciągnąć harmonię, melodie, klimat i charakter. Gdy już się jakąś płytę naprawdę poznało okazywało się, że jest zupełnie inna niż się wydawała przy pierwszej konfrontacji. Z muzyką było zupełnie inaczej niż z ludźmi – oni najczęściej przy bliższym poznaniu tracili, muzyka zyskiwała.

12736242_970126656402194_352965426_nCzy zastanawiałeś się nad tym, na ile słuchanie metalu jest w Twoim przypadku pięlęgnowaniem w sobie dzieciaka i przejawem tęsknoty na szczenięcymi latami? Chyba nawet napisałeś kiedyś coś takiego, że ciężka muzyka doskonale odzwierciedla trudne emocje nastolatka w okresie buntu. Jeśli dorzucimy do tego nierzadko niedorzeczne i infantylne treści, które często traktuje się w granicach tego gatunku za coś całkowicie normalnego, a nawet pożądanego, ciężko nie oprzeć się wrażeniu, że dużo z tego dzieciaka w nas musi siedzieć, skoro wciąż potrafimy się w tym odnajdywać. Tym bardziej, jeśli od wielu lat jest to bardziej formą maniactwa, a nie typowego hobby. Swoją drogą, ciekawe czy podobny mechanizm kieruje ześwirowanymi wędkarzami i grzybiarzami ;)

Oprócz tego, że jestem fanem metalu od małego dziecka jestem wielkim miłośnikiem komiksów. Mam wrażenie, że infantylizacja przekazu muzyki metalowej jest pewnym stereotypem, który działa podobnie jak w przypadku komiksów. Dla osób nieobeznanych z tematem, komiksy to medium dla dzieci, a w najlepszym razie dla dorosłych z mentalnością dziecka. Podobnie postrzega się muzykę metalową.

Jednak gdy się temu trochę uważniej przyjrzeć, łatwo odkryć, że obok tych prostych historyjek obrazkowych dla dzieci, istnieją także te ambitniejsze, będące nie tyle skrzyżowaniem literatury ze sztuką plastyczną, co przemawiające swoim własnym językiem. Językiem, którego nie sposób przetłumaczyć za pomocą innych środków wyrazu. Podobnie jest z muzyką metalową – są w niej odpowiedniki komiksów o „Kajko i Kokoszu”, ale też odpowiedniki przepełnionego symboliką „Sandmana” czy powieści graficznych Willa Eisnera. Dla każdego według potrzeb.

Oczywiście miłość do muzyki metalowej czy do komiksów nie jest żadną przeszkodą ku temu by sięgnąć po książkę czy muzykę wykraczającą poza ten gatunek. Oczywiście kocham „Tytusa Romka i A’Tomka” i kocham Iron Maiden. Staram się się pielęgnować w sobie chłopca, dziecięcą wyobraźnię i ciekawość świata. Nie jestem jednak do końca pewien czy słuchanie muzyki metalowej jest tego przyczyną czy skutkiem.

A byłbyś w stanie, bazując na swojej niezwykle dużej wiedzy i obeznaniu w tej muzyce, pokazać ten kontrast i rozpiętość treści na konkretnych przykładach, które pierwsze przychodzą Ci do głowy? Z jednej strony rzeczy, które z czystym sumieniem można określić sztuką na wysokim poziomie, a z drugiej te, jak to ładnie określiłeś, „proste historyjki obrazkowe”?

Tak, ale czysto subiektywnie. To różnica pomiędzy prostym heavy metalem, a tym co proponuje Neurosis, różnica między diabłem, który drzemie w Motley Crue, a tym, którego skrywa Deathspell Omega. I nie mam tu na myśli treści przekazu, ale jego formę. W metalu odnajduję zarówno muzykę, przy której dobrze się bawię jak i taką, która na tyle angażuje mnie emocjonalnie, że nie potrafię jej słuchać jednocześnie zajmując się czymś innym. Oczywiście cały czas się zmieniamy, ewoluujemy i dojrzewamy. To czasami pozwala nam nabrać dystansu do muzyki, a innym razem bardziej w nią wniknąć i głębiej ją przeżyć.

Czy zdarzyło się, że muzyka wyzwoliła w Tobie takie emocje i reakcje, jakich byś się po sobie nie spodziewał? Na pewno przeżyłeś takie koncerty, które Cię nadzwyczajnie oszołomiły, wzruszyły albo naładowały energią w stopniu zaskakującym. W tym przypadku też poprosiłbym o jakieś konkretne przykłady.

Koncerty często potrafią zaskakiwać, nawet gdy pozornie zna się zespół z dokonań studyjnych i jego gry na żywo. Zaskoczył mnie ostatni koncert Aerosmith w Łodzi. Wybrałem się trochę z sentymentu, w dwudziestą rocznicę ich występu, na którym byłem w Warszawie. Nie spodziewałem się większych emocji, a poniosło mnie zupełnie – bił od nich niesamowity magnetyzm i dostojeństwo prawdziwych gwiazd rocka, którzy rakietą kosmiczną przylecieli z jakiegoś równoległego świata. Świata, w którym wciąż muzycznym biznesem rządzi MTV, a zespoły rockowe sprzedają miliony płyt, latają w trasę własnymi odrzutowcami i gromadzą na koncertach dziesiątki tysięcy fanów. Uświadomiłem sobie, że ten świat już nie istnieje, że dziś przemysł muzyczny działa inaczej i wykreowanych przed laty gigantów rocka nikt już nie zastąpi.

Każdym swoim koncertem zaskakuje mnie Incantation. Lubię ich z płyt, ale dopiero na żywo ten potwór w pełni pokazuje swoją potęgę. W amok wpadam ilekroć widzę na żywo Napalm Death. Tyle lat na scenie, a oni wciąż są jak tornado, emanują taką energią i radością grania jakby właśnie ruszyli w pierwszą trasę.

Pewnie do końca życia będę wspominał koncert Suffocation, który zagrali wraz z Napalm Death w 2008 roku w warszawskiej Progresji. Osiągnęli brzmienie, którego nie da się opisać – ciężkie, skomasowane, brutalne, a jednocześnie niezwykle czyste, selektywne i tak wyraziste, że gdyby przelatywała mucha i trąciła skrzydełkiem o strunę gitary, to pewnie bym to usłyszał.

A moje reakcje na muzykę są różne – nieraz stoję pod sceną jak słup soli i staram się nie oddychać, by nie uronić choćby jednej nuty. Innym razem w ogóle na scenę nie patrzę, wpadam amok i odpływam w swój własny świat. Nieraz szaleję w młynie, nieraz tarzam się po podłodze i macham nogami, a innym razem stoję na końcu koło konsolety i oglądam muzyków wielkości pudełka zapałek. Każdy koncert jest inny – nie tylko ze względu na brzmienie czy repertuar, ale i kontekst, okoliczności i towarzyszącą mu oprawę.

Pamiętam ten koncert Suffocation, był niesamowity. Jego brzmienie mnie szczerze rozjebało. A później ten stagedivingowy chaos na Napalm Death, poezja :) Lecimy dalej. Ludzie słuchający tego typu muzyki bardzo często odznaczają się ciekawym i niebanalnym poczuciem humoru. Oczywiście jak się patrzy na niektóre rakotwórcze memy, to można odnieść przeciwne wrażenie. Ale na przykład Twoje niektóre wpisy, jak ten o wyrastaniu z metalu, poskładały mnie naprawdę konkretnie. Pytanie może trochę na wyrost,ale czy Twoim zdaniem zainteresowanie ostrą muzyka i przebywanie w tak specyficznym otoczeniu, sprzyja rozwojowi pod tym kątem? Do pewnego poziomu poczucia humoru dochodzi się nie tylko dzięki inteligencji, ale i wyrobieniu głębokiego dystansu do rzeczywistości. A gdyby zgeneralizować przekaz metalu jako gatunku, to bije od niego bardzo dużym dystansem do otaczającego świata, a i absurd jest środkiem, który bywa w nim wykorzystywany.

Pewnie należałoby się zastanowić czy dystans do świata i poczucie humoru przyciągają do tej muzyki, czy wręcz przeciwnie – to muzyka ten charakterystyczny, szorstki i nieco czarny humor wyrabia. A może to się wzajemnie napędza? Pisząc lubię operować dosadnymi porównaniami i barwnymi przenośniami – jedni to uwielbiają, a dla drugich mój język jest niesmaczny i niestosowny. Pamiętam, że w swojej pierwszej powieści charakteryzując jednego z bohaterów napisałem: „poluzowany krawat wisiał żałośnie jak jądra starego wyżła, którego widywał po sąsiedzku”. Dla mnie to porównanie nie było niczym niezwykłym, bo ten krawat po prostu tak dyndał, ale czytelnicy zwrócili na to uwagę i reakcje były różne, od rozbawienia do zniesmaczenia. Gdy piszę w kontekście muzyki metalowej, praktycznie nie zdarzają się komentarze typu: „to niesmaczne”, „to obrzydliwe”, „ to nietaktowne”. Bo w tej estetyce właśnie „niesmaczne” i „obrzydliwe” jest często najfajniejsze.

W którym momencie odkryłeś w sobie talent do tak zgrabnego formowania myśli w tekst? Z tego, co zauważyłem prowadzisz gazetę, teraz wspomniałeś o powieści. Możesz coś opowiedzieć o swoim dorobku literackim? Nie miałeś jakiegoś epizodu zinowego w przeszłości?

Skłonności do opowiadania różnych historii wykazywałem już w przedszkolu. Nie wiem czy wychodziło zgrabnie, ale na pewno śmiesznie, bo gdy przedszkolanka pytała moich rówieśników czy im coś poczytać, czy ja mam coś poopowiadać, to zawsze wybierano mnie. Szyłem jakąś historię na poczekaniu i wszyscy śmiali się do łez. Jak tylko poznałem literki to zacząłem składać je w wyrazy, wyrazy w zdania, a zdania w różne opowieści – z życia wzięte lub zmyślone. Pierwsze opowiadania napisałem jak miałem siedem lat, a w wieku dziesięciu przymierzałem się już do dłuższej formy. Powieść mi nie wyszła, ale kilkudziesięciostronicowe opowiadanie osadzone w szkolnych realiach. I tak sobie zawsze coś pisałem, a jak już byłem starszy do zainteresowałem się dziennikarstwem i przez wiele lat realizowałem się w tym zawodzie. Od kilkunastu lat jestem redaktorem naczelnym jednej z podwarszawskich gazet regionalnych.

Literacko jeszcze za czasów studenckich debiutowałem w „Nowej Fantastyce”. Napisałem też dwie powieści kryminalno-sensacyjne – „Kocia Morda” i „Zemsta ma smak CZERWIENI”. Aktualnie pracuję równolegle nad kilkoma książkami, a w wolnych chwilach pomiędzy dziennikarstwem, a pisaniem książek… Pisuję na blogu muzycznym – głównie o muzyce, ale nie tylko. Nieraz ona jest tylko pretekstem, by opowiedzieć jakaś ciekawą lub śmieszną historię. To ciekawa forma pisania bo kontakt z odbiorcą jest natychmiastowy. Zinowy epizod miałem – ale nie był to zin o tematyce muzycznej. Gdy byłem nastolatkiem dopuściłem się rzeczy strasznie wstydliwej – pisałem wiersze i właśnie jeden z nich pojawił się w literackim zinie, którego nazwy już nie pamiętam.

Czy nie myślałeś o tym, aby robić w życiu zawodowo czegoś związanego w jakiś sposób z ulubioną muzyką? Nie widziałeś w tym za bardzo perspektyw, czy po prostu takie rozgraniczenie sfery zawodowej i pasji było dla Ciebie naturalne?

Talentów muzycznych nigdy nie zdradzałem i choć jako nastolatek udzielałem się w zespole, to z graniem nigdy nie wiązałem przyszłości czy nadziei na bardziej profesjonalną działalność. Oczywiście był czas gdy marzyłem o tym by być dziennikarzem muzycznym. Czytając Metal Hammer na początku lat dziewięćdziesiątych wyobrażałem sobie, że w redakcji tego magazynu siedzi kilkunastu zatrudnionych na etat dziennikarzy, którzy zarabiają pisaniem recenzji, relacji z koncertów i robieniem wywiadów z muzykami. Jeżdżą po świecie, imprezują z muzykami, dostają za darmo mnóstwo płyt i jeszcze ktoś im za to płaci.

Niestety szybko zorientowałem się, że scena metalowa w Polsce jest malutka, redakcje czasopism nie istnieją, a wszystko nakręcane jest pasją i determinacją kilku maniaków. Czasami chodzi mi po głowie pomysł na stworzenie własnego magazynu muzycznego, ale odganiam go jak natrętną muchę i póki co zawodowo staram się koncentrować na projektach, które mają finansowe perspektywy.

Pytanie z innej beczki. Jakie gatunki muzyczne poza metalem darzysz szczególną estymą i czy są wśród nich takie, które leżą na biegunie kompletnie przeciwległym do metalu? Z kolei jakich stylów szczerze nie cierpisz i raczej się do nich już nigdy nie przekonasz? I czy są tacy wykonawcy, których kiedyś nienawidziłeś, a po latach uznałeś, że to całkiem niegłupia muzyka?

Bardzo lubię Franka Zappę i od kilkunastu lat sukcesywnie zgłębiam jego twórczość. Uwielbiam Neila Younga, Nicka Cave’a, Davida Bowiego, Queen, The Beatles, wczesny Pink Floyd, wczesny Roxy Music, New Model Army, Sonic Youth, Flaming Lips.

Słucham sporo rocka psychodelicznego z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych: Jefferson Airplane, Love, The 13th Floor Elevators i wielu wielu innych. Coraz bardziej wsiąkam w scenę krautrockową – mam w swojej kolekcji większość dyskografii Can, Amon Dull, Ash Ra Tempel, Popol Vuh, Neu!, Faust, Guru Guru, Kraftwerk, Birth Control. Mnóstwo genialnych płyt i świetnych zespołów związanych jest z tą sceną.
Jestem też zafascynowany Current 93, Death in June czy Der Blutharsch. Słucham też sporo punka i hardcora – mam w swojej kolekcji klasykę tego gatunku z Sex Pistols, Dead Kennedys i Discharge na czele.

Z hip hopowych klimatów uwielbiam Beastie Boys, pierwszy album Cypress Hill, wczesne Public Enemy. Mam całe mnóstwo pozametalowych fascynacji muzycznych i mógłbym je jeszcze długo wymieniać. Choćby z polskiej sceny wspomniałbym jeszcze Kult, Aptekę, Armię, Dezertera, Republikę, Manaam czy… Artura Rojka. Pewnie to obciach, ale bardzo lubię jego solową płytę i teksty z niej znam praktycznie na pamięć.
Fascynacja leżąca w przeciwległym biegunie do metalu? Trudno powiedzieć, bo przecież ten metal ma różne oblicza. Jeśli poszukamy opozycji do muzyki brutalnej i gwałtownej to wskazałbym chyba Leonard Cohena. Bardzo go lubię i za sprawą mojego ojca słucham dłużej niż metalu.
Nie cierpię i pewnie nigdy się nie przekonam do disco polo, góralskiego folkloru i polskiego reggae.

Wykonawców, których nienawidziłem, a się do nich przekonałem było mnóstwo. Gdy na początku lat 90-tych zacząłem słuchać metalu to szybko pognałem ku ekstremie. Wydawało mi się, że muzyka im szybsza i brutalniejsza tym lepsza. Gardziłem heavy metalem, jak po raz pierwszy zobaczyliśmy z kumplem Kinga Diamond na kasecie VHS z teledyskami pozgrywanymi z MTV to zgodnie określiliśmy jego przynaleźność seksualną jako odmienną i komisyjnie przewinęliśmy taśmę. Z większością klasyki heavy metalowej zacząłem się przepraszać dopiero w drugiej połowie lat 90-tych. A później poszedłem krok dalej i zacząłem doceniać pudel metal z Motley Crue na czele, czy Alice Cooper z którego wcześniej się śmiałem i był dla mnie uosobieniem kiczu i tandety. W sumie nadal tak uważam, z tą różnicą, że dziś wiem, że i do kiczu trzeba czasami dorosnąć.


maria wpisZdjęcie z fanpage`a ukazuje zapewne Twoją kolekcję płyt. A nawet jeśli nie, to i tak musisz mieć tego całe stosy- pamiętam, kiedy pisałeś o tym, że zdarzyło Ci się kupować te same albumy, bo nie pamiętałeś, że już masz w kolekcji ;) Pewnie tego nie liczysz, ale tak na oko ile możesz mieć kompaktów? Zbierasz też inne formaty? Czy masz jakieś wyjątkowe, limitowane okazy, z których jesteś najbardziej dumny? Czy bawiłeś się w przegrywanie CD, kiedy pojawiły się pierwsze nagrywarki? Ja mam na strychu u rodziców kilka pudeł przegrywek i muszę powiedzieć, że niektóre z nich mają dla mnie sporą wartość sentymentalną, mimo że nie są już warte złotówki.

Zdjęcie na moim fanpagu to tylko część mojej kolekcji. Zbieram płyty od dwudziestu lat i rzeczywiście nagromadziło się ich sporo. Od dziecka wszystkie pieniądze wydawałem na muzykę. Pojechałem na jakąś wycieczkę szkolną, mama dała pieniądze na obiad, picie i lody, a ja wracałem wieczorem głodny, o suchym pysku, ale z kilkoma kasetami w kieszeni.

Dubli mam mało – dosłownie kilka razy zdarzyło mi się przez przypadek kupić płytę, którą już miałem. Niektóre się powtarzają ze względu na różne wydania. Nie liczę płyt w swojej kolekcji – czułbym się jak alkoholik, który liczy opróżnione butelki. Lepiej pewnych rzeczy nie widzieć. Dla lepszego samopoczucia i dla higieny osobistej. Kiedyś je policzę i ułożę alfabetycznie. Właściwie to zacząłem je układać w 2012 roku. Jestem przy literce „D”.

Oprócz CD zbieram też LP, ale tu zachowuję zdrowy umiar. Na winylach kupuję tylko rzeczy wybitne i takie, które mają dla mnie szczególne znaczenie. Nieraz robię od tego odstępstwo w przypadku wydawnictw, które wyszły tylko w winylowej formie.

Kolekcjonowanie kaset porzuciłem dawno temu. Uważam, że to był koszmarny nośnik, niewygodny, mniej praktyczny niż CD, a jednocześnie nie tak magiczny jak LP. Słuchanie płyt z winyli przypomina obrządek religijny, ten cały rytuał z odwracaniem płyty na drugą stronę, rozpakowywaniem jej, opakowywaniem, te duże okładki, zdjęcia. Taka celebracja muzyki wymaga czasu, koncentracji – jest dla mnie wyrazem największego szacunku do słuchanej płyty.

Wyjątkowych okazów mam mnóstwo, sporo pierwszych wydań, sporo unikalnych wschodnich licencji, wydań japońskich, singli, bootlegów ze starym heavy metalem nagranym przez zespoły, o których nikt już nie pamięta.

W przegrywanie CD się nie bawiłem – kupowałem nieraz przegrywki od pewnego metala, który handlował nimi na stadionie X-lecia, miałem trochę pirackich wydań, z których większość z czasem wymieniłem na oryginały. Raz pożyczyłem od kumpla chyba ze trzydzieści płyt, które sobie zgrałem a okładki zeskanowałem i wydrukowałem na Xeroxie. Chyba jednak nigdy ich w tego formatu nie słuchałem. Z czasem kupiłem sobie oryginały, a te zgrywanki porozdawałem. Dziś słucham tylko CD i LP. Z mp3 korzystam tylko podczas treningów.

Mam jeszcze fioła na punkcie komiksów, które też zbieram całe życie. W ciągu ostatnich pięciu lat narobiło mi się trochę zaległości, ale tak do 2010 roku mam jeśli nie wszystkie, to prawie wszystkie komiksy, które oficjalnie ukazały się w Polsce. Ale to już temat na inny wywiad. Możemy następnym razem porozmawiać o komiksach i sztukach walki. To kolejne tematy, o których mógłbym mówić dwadzieścia godzin na dobę.

kolekcja

Masz jakiś specjalny gabinet w domu, gdzie to wszystko składujesz? :) Jak to wszystko wygląda pod kątem „logistycznym”? Półeczki na zamówienie, każda ściana wypełniona po brzegi?

Tak, regały na zamówienie były jedynym rozwiązaniem. Półki od podłogi do sufitu na każdej ścianie. Mina stolarza bezcenna, pewnie to było najbardziej nietypowe zlecenie w jego życiu, o którym będzie wnukom opowiadał. Oczywiście miejsce w tych regałach już mi się skończyło więc upycham je gdzie mogę, wszystkich nie trzymam w mieszkaniu bo nie dałoby rady pomieścić. Nieraz obiecuję sobie zrobić inwentaryzację i części się pozbyć, by zrobić trochę miejsca na nowości. Ale jak już zaczynam się nad tym zastanawiać to okazuje się, że i tego szkoda i tego żal. Prędzej czy później mnie to jednak czeka – wąż w końcu zadławi się ogonem. Chyba, że wygram w totka i pobuduję sobie jakiś duży dom, albo ogrzewany magazyn.

maria wpis2Fajnie, że wspomniałeś o swoim zainteresowaniu sztukami walki. Którą z nich trenujesz i jak się w to wkręciłeś? Zdarzyło Ci się wykorzystać nabyte na treningach umiejętności w jakiejś codziennej sytuacji? Czy próbowałeś uprawiać sport pod muzykę? Osobiście często mam tak, że kiedy się maksymalnie zajawię jakąś płytą, to staram się ją stestować podczas biegania albo jazdy rowerem- są to dla mnie genialne okoliczności do słuchania pewnych odmian muzyki i jednocześnie niesamowity kop motywacyjny.

Sztuki walki interesowały mnie od dziecka – zanim jeszcze zobaczyłem pierwszy film kung-fu na kasecie VHS obserwowałem mojego wujka, który całe życie coś ćwiczył: boks, karate, kung-fu, kyoksul, później też kick-boxing i zapasy. Dopóki mieszkał z babcią zawsze towarzyszyłem mu w treningach i próbowałem go naśladować. To nie było nic poważnego, bo miałem wtedy trzy-pięć lat. Później wujek się ożenił, przeprowadził i poza bójkami na szkolnych korytarzach nie miałem możliwości ćwiczenia. Rodzice uważali, że sztuki walki to samo zło – bo biją się tylko chuligani. Nie było mowy, by chcieli wozić mnie na jakieś treningi, tym bardziej, że nie były to czasy takie jak dziś, gdy sekcje sztuk walki są w każdej szkole. Pozostały więc weekendy z wujaszkiem, który zabierał mnie nieraz do siebie i robił mi takie treningi, że przez miesiąc miałem zakwasy.

W liceum poznałem kumpla, który zaczął właśnie ćwiczyć karate. Przyłączyłem się do niego. Miał kilka zaprzyjaźnionych osób, które regularnie trenowały w Warszawskim Centrum Karate. Najpierw uczyliśmy się od nich, a wkrótce sami zapisaliśmy się na treningi. Dostałem fioła na tym punkcie – trudno w to uwierzyć, ale ja trenowałem po sześć godzin dziennie codziennie, jednocześnie studiując na dwóch kierunkach, pracując i stawiając pierwsze kroki w dziennikarstwie. Nie wiem jak ja to robiłem – chyba wtedy doba miała czterdzieści godzin…

Po kilku latach tak intensywnych treningów zdałem egzamin na czarny pas, zrobiłem kurs instruktorski i zacząłem uczyć innych. Ale to mnie do końca nie pociągało. Nie podobała mi się idea robienia z karate biznesu, otwierania własnej sekcji i szkolenia ludzi, z których połowa tak naprawdę nie wie po co ćwiczy.

Oczywiście cały czas szukałem różnych form rozwoju. Mieliśmy fazę z kumplem, że jeździliśmy po sekcjach różnych sztuk walki i braliśmy udział w treningach kung-fu, taekwondo, innych stylów karate – by wyciągnąć z tego coś nowego i poprawić swoje niedoskonałości w technice. Później przyszły walki w klatkach, więc naturalnie zainteresowaliśmy się brazylijskim jiu jitsu i zaczęliśmy szkolić się w walce w parterze. Zapisaliśmy się nawet do sekcji boksu i przez kilka lat obijaliśmy się w rękawicach bokserskich, nabierając szacunku do tej formy konfrontacji. To były bardzo ciężkie treningi – zupełnie inne niż te w karate. Kilka lat temu poznałem znakomitego trenera i utytułowanego zawodnika kick-boxingu. Gdy dowiedział się o moich doświadczeniach zaprosił mnie do siebie na trening, przyszedłem i zeszło nam się kilka lat. To było dla mnie świetne doświadczenie, sporo się nauczyłem i powalczyłem w innej formule. Gdy pierwszy raz założyłem te wszystkie ochraniacze i kask, to poczułem się jak bałwanek Bouli i myślałem, że nie dam rady tak walczyć. Szybko jednak do tego przywykłem. Namawiano mnie nawet na udział w Pucharze Europy, ale mnie nigdy konfrontacja sportowa nie kręciła. Te treningi kick-boxingu jeszcze bardziej mi uświadomiły, jaka jest różnica pomiędzy sztukami walki, a sportami walki.

Dziś nie ćwiczę tak dużo, mam prawie czterdzieści lat, fizycznie nie będę już nigdy tak dobry jak piętnaście lat temu. Ale sztuki walki to coś więcej niż machanie rękami i nogami, zdobycie punktu na zawodach czy konfrontacja z przeciwnikiem. W sztukach walki walczy się głównie z samym sobą i ze swoimi słabościami, a to daje gwarancję na rozwój do końca życia.

Kiedyś treningi były dla nas jak modlitwa, przebieraliśmy się w karategi, wszystko się odbywało zgodnie z ceremoniałem dojo. Ukłony, cisza, skupienie, koncentracja, medytacja na początku i na końcu treningu. Nie było mowy o muzyce. Dziś jest inaczej – gdy spotykam się z kumplem na treningach najczęściej gra Motorhead albo Sodom – ćwiczymy w dresach, prowadzimy męskie pogaduchy, każdy z nas robi to to chce. Łączymy to wszystko czego nauczyliśmy się przez lata, obserwując nas z boku chyba trudno byłoby określić co my w ogóle ćwiczymy.

Oczywiście nabyte umiejętności wykorzystuje się każdego dnia, treningi sztuk walki zmieniają człowieka. To nie tylko techniki samoobrony, to hartowanie swojego charakteru i nauka radzenia sobie z przeciwnościami. Na co dzień wciąż się z kimś konfrontujemy, wciąż znajdujemy się w sytuacji, z której staramy się wyjść z minimalnymi stratami, wciąż wyznaczamy sobie cele, a później przeprowadzamy atak by je zrealizować.
Nasze życie to ciąg bitew i potyczek, dzięki sztukom walki jesteśmy skuteczniejsi, jesteśmy bardziej elastyczni, potrafimy zmienić strategię walki, wiemy kiedy zrobić krok do przodu, a kiedy się wycofać, umiemy wygrywać, ale umiemy też przegrać, podnieść się po porażce i wyciągnąć z niej wnioski. W sztukach walki trening ciała nie jest celem – to tylko środek do realizacji celu, jakim jest samodoskonalenie – czyli coś do czego dążymy, ale nigdy tego nie osiągniemy.

Karate mówi „cel jest w drodze” – to dokładnie tak samo jak z kolekcjonowaniem płyt. Żadna kolekcja nigdy nie będzie kompletna i zamknięta. Wciąż czegoś w niej brakuje. :)

Musisz być mistrzem w organizacji czasu. Nawet czestotliwość wpisów na Twoim blogu bywa zaskakująca. Jakiego rodzaju sposób myślenia trzeba w sobie wypracować, aby znajdować czas na tak wiele rzeczy, maksymalnie go wykorzystując? „Czas to pieniądz”? „Po owocach ich poznacie”? ;) Przy takim nawale zajęć, na pewno zastanawiałeś się, jak podnieść swoją efektywność. Co Ci wtedy pomagało?

Czas jest niepodzielny – zawsze coś się traci by coś zyskać. Ja nie mam czasu na granie w gry, nie oglądam w ogóle telewizji, nie oglądam seriali, z kinem przestałem być na bieżąco jakieś piętnaście lat temu. Nie robię tysiąca różnych rzeczy, które robi większość ludzi.

Z drugiej strony absolutnie nie czuję się mistrzem w organizacji czasu – gdy jestem zaangażowany w jakiś projekt potrafię oddać mu się bez reszty. Nie potrafię wyznaczyć sobie czasu pisania – jak już zaczynam pisać to zwykle robię to tak długo, aż skończę. Napisanie książki to dla mnie kwestia dwóch tygodni – a gdybym mógł sobie wziąć na ten czas urlop, to pewnie uporałbym się w tydzień. Akurat wpisy na blogu to bułka z masłem – na napisanie jednego tekstu poświęcam mniej więcej tyle czasu, ile inni przeznaczają na jego przeczytanie. W tym całym blogowaniu zdecydowanie więcej czasu schodzi mi się na komentowaniu komentarzy moich tekstów czy odpowiadaniu na pytania różnych osób. Jeszcze daję radę, ale coraz więcej osób się ze mną kontaktuje i pewnie przyjdzie taki czas, gdy nie będę mógł wszystkim odpowiedzieć. Ludzie najczęściej pytają o różne zespoły i płyty, chcą żeby im polecić coś podobnego do zespołu „X” albo płyty „Y”, nieraz pytają o moją opinię na dany temat, albo proponują tematykę moich kolejnych wpisów. Fajnie, że odzywają się też młode zespoły – niektóre nawet nie proszą o recenzję swoich materiałów, ale wysyłają linki do nagrań i oczekują kilku słów krytyki. To mnie bawi, bo ja przecież na muzyce się zupełnie nie znam – moje kompetencje kończą się na tym, że potrafię odróżnić gitarę od perkusji i przesłuchałem milion płyt, więc mogę nieraz odpisać. „Brzmicie jak zespół X z płyty Y”. A oni na to: „Zespół X? „Nigdy o nim nie słyszeliśmy” – i nieraz się martwią, bo myśleli, że są oryginalni. A dzisiaj przecież oryginalność nie polega na tworzeniu czegoś nowego – proces kreacji w większym stopniu przypomina budowanie z klocków Lego niż tworzenie nowych klocków. Piętnaście lat temu pracowałem nad pewną powieścią, ale poszedłem do kina na „Piękny umysł” i po powrocie dałem sobie spokój z pisaniem bo uznałem, że główny motyw z mojej książki jest zbyt podobny do tego filmu i wszyscy uznają, że się nim inspirowałem. Teraz wiem, że zrobiłem głupio – bo gdyby wszyscy myśleli podobnie, to prawdopodobnie dawno już przestano by tworzyć cokolwiek.

Czy Twoje dzieciaki wykazują jakieś zainteresowanie muzyką, której słuchasz? I czy kiedy sam byłeś na początku swojej przygody z metalem, Twoi rodzice wykazywali się wyrozumiałością wobec Twojej muzycznej zajawki? Nie obawiali się, że ekstremalne treści, jakie nierzadko wiążą się z tym gatunkiem, mogą mieć na Ciebie różny wpływ? Przerabiałeś chowanie pod łóżkiem albo w innych dziwnych miejscach, co bardziej kontrowersyjnych płyt? ;)

Mój starszy syn zafascynowany był AC/DC. Zaczęło się od oglądania koncertowych dvd, później zaczął słuchać płyt i oszalał na ich punkcie. Jak był niegrzeczny to żona mu groziła – „bo nie włączę ci AC/DC w samochodzie, jak będziemy jechać do przedszkola”. Z czasem jednak przyszły inne zainteresowania i gdzieś ta muzyczna zajawka się ulotniła. Choć na ostatnim warszawskim koncercie byliśmy razem i mu się bardzo podobało. Mi mniej, bo brzmienie było koszmarne.

Młodszy ma dopiero trzy lata – szaleje przy każdej ostrej muzyce jaką usłyszy. Macha głową, kręci się w kółko i skacze, jakby napił się soku z gumijagód. Jest z tego kupa śmiechu, ale wiadomo że robi to by zwrócić na siebie uwagę, a nie z miłości do muzyki.

Niewykluczone, że ta moja muzyka wcale nie będzie ich interesowała – sam nigdy nie podzielałem pasji swojego taty. Każdy ma inne potrzeby i inne predyspozycje, nie należę do ojców, którzy to co robią i czym się interesują próbują na siłę zaszczepić swoim dzieciom. Moi rodzice ze mną postępowali podobnie – pokazywali mi różne rzeczy, ale do niczego mnie nie zmuszali. Do słuchanej przeze mnie muzyki podchodzili ze zrozumieniem, ale jednocześnie z pewnym dystansem, przewidując, że to chwilowa pasja, która z wiekiem minie.

Ekstremalne treści są wszędzie – najwięcej pewnie w wieczornych wiadomościach i na pierwszych stronach gazet. Zadaniem rodziców nie jest chronienie dzieci przed ekstremą, ale przekazanie im systemu wartości i wykształcenie osobowości na tyle silnej by były świadome swoich czynów i zdawały sobie sprawę z tego jakie one niosą konsekwencje dla nich samych i dla ich otoczenia. Muzyki metalowej zacząłem słuchać jak miałem dwanaście lat – nigdy nie musiałem niczego przed moimi rodzicami chować. Mam nadzieję, że moim synowie nie będą niczego chować przede mną i zawsze o wszystkim będziemy mogli porozmawiać.

https://www.facebook.com/MadMariaKonopnicka/

https://www.mariakonopnicka.pl


Od zawsze na zawsze, eleganckie zachowanie. A nie w chuja granie, zyski równo rozliczane. Przekaz hula, dobra morda kuma, kto nie kuma no to rura.

NO COMMENTS

Leave a Reply