Minority [przedłużenie młodości]


Od dłuższego czasu brakowało mi na rodzimej scenie powiewu wkurwionego, bezpośredniego hardcore`a w air maxach. Takiego, który sprawdziłby się jako soundtrack do ćwiczeń na siłowni albo treningach sztuk walki. Śląskie Minority wydaje się tę lukę wypełniać (zwróćcie uwagę, jakim pięknym strzałem w lico zaczyna się ich nowy teledysk ;)). Chłopaki właśnie wydali swoją nową płytę nakładem Spook Records, a ja namówiłem gardłowego tej kapeli na małe spytki. Kuba okazał się zajebistym rozmówcą, z którym szybko złapaliśmy wspólny język, a oto efekty tej konwersacji:

Jesteś świeżo po release party Waszego najnowszego albumu. Jak udała się impreza i jak nowe kawałki sprawdzają się na żywo?

Tak jestem dzień po… Impreza udana. Na sam koncert przyszło ponad 200 osób, co na dzisiejsze standardy to bardzo dużo. To chyba potwierdza, że w tej chwili mamy bardzo mocną scenę na Śląsku. Sam nie wiem ile było osób przyjezdnych, na bank Kraków i Bielsko Biała. Dużo osób nie znałem, co oznacza, że chyba rośnie nowe pokolenie albo ja już sam rzadko bywam na koncertach. Udało się też uzbierać trochę kasy na Śląską Manifę, co chyba jest sympatycznym gestem i w ogóle wszystko cacy. Po gigu był after i też się udał, chłopaki z The Dog i Poznania bawili się wyśmienicie poznając zła stronę nocnych Katowic. Cześć kawałków już graliśmy wcześniej przed wydaniem materiału, a czy się sprawdzają, o to zapytaj mnie tak za rok.

Czyli frekwencja bardzo zadowalająca, a czy w związku z tym Twoim zdaniem scena hardcore w Polsce ma się dobrze w porównaniu z sytuacją kilka lat wstecz? Nie wydaje Ci się, że jest to w dużej mierze uzależnione od regionu i akurat część naszego kraju, w której funkcjonujecie przoduje w tej materii?

Nie wiem czy jestem właściwą osobą, żeby czy oceniać scenę hardcore w Polsce. Tym bardziej, że sam przez pracę i inne czynniki trochę odpadłem. Zacznę od tego, że chyba zależy to od regionu i na przykład śląska scena ma teraz dobrą dla siebie chwilę. To dzięki zespołom, jakie mamy i organizatorom imprez, brakuje nam tylko śląskiego wydawcy i zinów. Mamy młodą ekipę, a tym chyba mało które miasto czy region może się pochwalić. Ludzie ostatnio wbijają liczniej na koncerty. Chyba u siebie mamy dobrze. Co do Polski to boję się trochę wypowiadać, ale z czystym sumieniem powiem, że w ostatnich czasach najlepiej było jak chłopaki z Ratela działali i wydawali polskie kapele. Do tego dochodził Michal z Elephantem i jakoś się dużo działo wtedy. Co by nie mówić i czy się komuś to podoba czy nie, Last Dayz i reszta pociągnęli to wtedy dość mocno. Należą się im pochwały za to. Boli mnie to, że to się gdzieś urwało i sporo osób, które wtedy gdzieś tam wpadali na te gigi odpadli tak jakby to była chwilowa moda. Nie wiem czy się nie mylę, ale tak to odbieram. Co do obecnej pozycji sceny hardcore w Polsce… Serio nie wiem. Wpływa na to dużo czynników, nie tylko obecność na gigach, ale też ilość sprzedanych płyt, ziny i nie wiem,niech będzie, że ilość wyświetleń w sieci. Mi się marzy, może zbyt głupio czy naiwnie na to patrzę, ale żebyśmy w Polsce mieli takich przedstawicieli jak ma np. No Turning Back Holandia, czy niech będzie ten Wolf Down z Niemiec. Nie wiem czy jak zwykle nie zbaczam z tematu, ale reasumując- dobrą pozycję będziemy mieli jak na jakimś zagranicznym festiwalu będzie co najmniej 5 polskich kapel, w tym jedna jako główny line up, a płyty będziemy musieli dotłaczać i będzie się to opłacało. Na razie musimy nad tym pracować, wspierać się i nie wchodzić sobie w drogę.

To prawda, Ratel zrobiło swego czasu wchuj dobrej roboty. Nawet wczoraj przeglądałem sobie Desanty i przeprowadzili tam jedne z lepszych wywiadów, jakie czytałem w polskich zinach hc. Tak przy okazji, miałeś okazję ostatnio czytać jakąś fajną bibułę, którą z czystym sumieniem mógłbyś polecić?

No tu muszę się przyznać, że kiedyś czytałem w chuj zinów i miałem straszną zajawkę na to. Do tego najbardziej lubiłem te dziewczęce chyba mogę powiedzieć, że feministyczne, tak dzisiaj nic. Jakoś nic nie wpada mi w ręce, a cześciej sięgam po książki, Choć przez pracę to nawet z tym mam ciężko. Choć, żeby nie wyjść na buca to szczerze polecam książkę „Czas zabijania” Grishima i „Trafny Wybór” pani Rowling. W tej drugiej przedstawiony konflikt klas i pokoleń. Co do zinów to może byś mi coś polecił? Poza tym mój dobry kumpel zaczął z internetowym zinem SH69 http://trojanskins1969.blogspot.com, to mogę też polecić.

Szczerze powiedziawszy, ostatnim zinem jaki wpadł mi w łapy jest Idealny Moment, który ktoś sprzedawał na koncercie w Warszawie, gdzie wspólnie graliśmy i jak najbardziej mogę go polecić, bo jest bardzo ok. Co prawda, nie miałem jeszcze okazji mieć go w łapach, ale biorąc pod uwagę poziom poprzedniego numeru i dobór zespołów, w ciemno zarekomenduję też drugi numer zina kolegi zza miedzy- Wygrać Nowe Życie. Wydaliście ostatnio nowy album. Uważacie go za udany w 100% czy są jakieś elementy, z których nie do końca jesteście zadowoleni? Wiążecie z nim jakieś konkretne nadzieje? Na ile w Waszym przypadku ważny jest odbiór tego materiału przez osoby trzecie i jak dużą ma on dla Was wartość osobistą, sentymentalną, jako swego rodzaju pamiątka i ukoronowanie pewnego okresu wspólnej pracy?

Haha, jest kilka rzeczy, z których jestem nie do końca zadowolony, ale chyba mam tak z każdym materiałem, jaki nagrywam. Wiesz, przez ogólnie mówiąc życie trochę nam to zajęło czasu, żeby to w końcu nagrać. Sam pracuję na wyjazdach od jakiegoś czasu i ciężko mi to czasami pogodzić, ale nie będę się tłumaczyć. Nadzieję mam taką, że będzie choć w połowie tak odebrany jak ten poprzedni, bo tamten, jak patrze przez pryzmat czasu, miał dobry odbiór, jak na nas. Ten nowy materiał przesłuchałem tyle razy i w tylu różnych wersjach, że zdążył mi się trochę znudzić i po prostu chciałbym już coś nagrać nowego. Nie do końca rozumiem, co rozumiesz jako odbiór przez osoby trzecie? Co do wartości sentymentalnej, to ma jak najbardziej wszystko co nagrywamy. Do tego muszę się tam trochę otwierać się na tych płytach i robić to szczerze. Twierdzę, że każda muzyka ma być szczera, wtedy podnosi to jej jakoś o kilometry do góry. Dla mnie to jest jak taki pamiętnik muzyczny, jak przeczytasz chociaż pierwszy tekst to myślę, że skumasz o co mi chodzi. Jest tak jak sam zapytałeś-tak, jest to ukoronowanie naszej współpracy, a  do tego jest to moja mini biografia od wydania poprzedniej płyty. Dla mnie ma dużą wartość emocjonalną i sentymentalną, zresztą tak jak wszystko, co nagrywam nie tylko w Minority. Wracając do tego z czego nie jestem zadowolony na 100%, to z siebie- mógłbym być lepszym tekściarzem i lepszym wokalistą. Cały czas nad sobą pracuje.

Odbiór przez osoby trzecie rozumiem jako opinie innych na ten materiał- czy większą wartością dla Was samą w sobie jest to, że w końcu ukończyliście i macie ten materiał, czy to jak odbiorą go ludzie. Powstaje w takiej sytuacji pytanie, czy granie w zespole niszowym jest czymś co się ma bardziej dla siebie czy dla publiki, która jest odbiorcą twórczości. Bo z jednej strony przetwarzasz swoje myśli i inspiracje, wyrzucasz emocje i pakujesz ją w pewną formę i odczuwasz z tego powodu satysfakcję, ale nie chowasz tego do szuflady. Niektórzy twierdzą, że po prostu robią swoje i tak naprawdę jebią ich opinie innych i nie mają na nich wpływu, ale wydaje mi się, że wszystko to powinno być wypośrodkowane i obie te sprawy są na swój sposób ważne. Jak sprawa ma się w Twoim przypadku?

Teraz czaje. Wiesz samo Minority gra 15 lat, ja dołączyłem chyba 10 lat temu. Sam pierwszy zespół miałem w wieku, nie jestem do końca pewien, 17 lat… Teraz mam prawie 32. Cały czas gdzieś gram. Prawdą jest, że przede wszystkim robimy to dla siebie, ale granie w garażu w pewnym momencie zaczyna się nudzić. Granie ciągle w tych samych miejscach też. Chcesz to pokazać ludziom, chcesz być doceniony i chcesz, żeby ktoś tego słuchał. Zależy mi na tym, żeby ludzie byli na tych koncertach i nas słuchali. Fajnie się słucha pozytywnych opinii. Fajnie jest to, że ktoś się utożsamia z tym, co słucha, bo miał podobną sytuacje czy podobnie patrzy na świat. Dobrze jest być głosem innych czy nawet inspiracją. Chciałbym być tak odbierany. Ja zawsze się boję opinii. Wiem, że nie jesteśmy doskonali i są kapele, które grają lepiej niż my, robią wszystko lepiej niż my, ale kurwa lubię grać. Brzmi to może za bardzo emo, ale to jest jak tlen, trzeba ten gniew czy frustracje gdzieś wyjebać z siebie. Zgadzam się z Tobą, że te rzeczy powinny być wypośrodkowane. Bo jak chcesz grać tylko po to, żeby to sprzedać, to oczywiste jest to, że nie tutaj. Nie na tej scenie. To po pierwsze, a po drugie prawdopodobnie nie robisz tego szczerze. Bo zagrasz to, co jest teraz wiadomo trendy, modne czy na czasie. Bo nawet na scenie hc/punk są trendy. My to pierdolimy, za długo tu jesteśmy, żeby się bawić w łapanie trendów. Widziałem jak kapele przychodzą i odchodzą, często bardzo fajne. Nie wiem czy nie odbiegam za bardzo, ale podsumowując i chyba mówię w imieniu nas wszystkich: tak robimy to dla siebie, ale chcemy mieć też dobry odbiór. Nie mamy w dupie opinii, krytyka czy pochwała są tak samo znaczące, Pochwała dlatego, że nadaje temu sens. Krytyka, bo możesz sam siebie doskonalić.

Wspomniałeś wcześniej, że czasem brakuje Ci czasu na rzeczy związane ze sceną, muzyką. Czy często życie prywatne jest dla Was przeszkodą w realizacji zespołowych celów i musicie sobie coś odpuścić kierując się priorytetami życiowymi? Czy takie wybory są dla Was frustrujące, czy może przyjmujecie postawę, że nic się nie dzieje, tak po prostu musi być i szkoda nerwów, żeby się na tym specjalnie skupiać?

Jeśli o mnie chodzi, to u mnie często tak jest, głównie przez pracę w ostatnim okresie. Wiesz fajnie by było móc tylko grać i zajmować się tylko muzyką, ale tak się nie da. Może byśmy się podjęli by pojechać gdzieś dalej, może byśmy nagrali więcej płyt przez te kilka lat. Muzyka pochłania dużo czasu, Nosek nasz gitarzysta może coś o tym też powiedzieć. To on głównie napracował się nad ostatnią płytą, bo on ją nagrywał, masterował itp. Do tego ma chyba odpowiedzialną pracę i syna, więc ma trochę obowiązków. Wiesz, kapela to nie tylko kawałki, trzeba ogarnąć koszulki, grafiki na płytę, gigi, plus coś jeszcze. Sam wiesz jak to jest. Jak byłem młodszy, to bardziej się angażowałem. Byłem bardziej na bieżąco. Igor z The Dog chyba pisał o tym na swoim blogu, że jak nasi rówieśnicy podejmowali ważne decyzje to my kupowaliśmy płyty, tak w skrócie. Wiesz o co chodzi. Czasami czuję, że trochę zmarnowałem się przez to, no ale gdyby nie scena, to nie wiem kim bym był. W pewnym momencie powiedziałem, że trzeba się zająć trochę życiem i sobie zacząć to układać. Jakoś mnie to nie frustruje, po prostu tak jest. Życie to nie tylko punk rock, choć jest jego ogromną częścią. Po koncercie fajnie jest do czego wracać. Trzeba dodać, że każdy z nas ma jeszcze minimum jeden zespół więcej i na razie nie rezygnujemy. Jak sobie wszystko poukładasz i masz fajnych ludzi to wszystko da się pogodzić.

Powiedziałeś przed chwilą, że gdyby nie scena, nie wiesz kim byś był i ja miałem takie pytanie przygotowane, czy myślisz że gdybyś w to nie wszedł, to byłbyś tym samym człowiekiem? To, co powiedziałeś potwierdza dużą siłę tej społeczności, która stawia duży nacisk na etykę, pewne wzorce zachowań i określony sposób myślenia. Z perspektywy czasu, na ile Cię to Twoim zdaniem wzbogaciło?

Na wstępie trzeba zaznaczyć, że nie trzeba być ze „sceny”, aby mieć w sobie te same wartości, które są z nią związane. Jednocześnie też to, że jesteś ze „sceny” nie oznacza, że nie możesz być po prostu chujem. Przede wszystkim weganizm, pierwszy raz z tym się spotkałem na kasecie Sunrise. Wtedy wydawało mi się to mega trudne. Dzisiaj już mam za sobą kilka lat weganizmu i czuję, że to jest jedna z najbardziej pozytywnych zmian, jakie można wnieść do swojego życia. Do tego wcale nie jest to takie trudne. Taka najprostsza foma aktywizmu. Mam nadzieję, że działający aktywiści się nie obrażą za to stwierdzenie. Wydaje mi się, że weganizm niesie ze sobą szacunek do życia, jakiegokolwiek. Co za tym idzie też ludzkiego. To, czego czasami niektórym brakuje to zwykłego szacunku dla kobiet. One wcale nie muszą być maszynami do sprzątania domu, kucharką i Matką Polką Rodzicielką. Idąc dalej, tolerancji w stosunku do innego koloru skóry, i tak dalej, i tak dalej. Są to chyba rzeczy oczywiste, nie trzeba o tym gadać. W dzisiejszych czasach przeraża mnie ogromna pogoń za wszystkim i ekstremalny konsumpcjonizm. Kiedyś mój znajomy powiedział, że chce zarabiać w chuj kasy tylko po to, żeby kupować „rzeczy”. Wiesz o co chodzi? Rzeczy się kiedyś kończą, a tak serio, jako tako nic nie dają. Nie mówię, że należy kogoś pokarać za np. nowego Iphona. Trzeba zachować umiar w skali rozsądku. Tego chyba też się tutaj nauczyłem. Jeśli chodzi o bardziej przyziemne rzeczy, to zawsze byłem bardzo nieśmiały i zamknięty w sobie. Dalej jestem i czasami to nawet boję się odezwać, ale dzięki akurat muzyce gdzieś to w sobie przezwyciężyłem. Poprzez granie też chyba nauczyłem się szanować czyjąś pracę. Wiem, ile to czasem kosztuje, że zrobić cokolwiek, no chociażby nagrać jakąś prostą płytę. Wiesz, moja dziewczyna nie jest ze sceny, ale chyba sama przyznaje, że Ci ludzie są najprościej mówiąc fajniejsi. Wkurwia mnie czasami gadka znajomych spoza sceny-kto jaki samochód kupuje, ile kasy chce zarabiać i gdzie wypierdala na wakacje leżeć na hamaku itp. W moim mniemaniu takie złudne poczucie szczęścia i spełnienia. Tutaj raczej się rzadko to spotyka. Trzeba przyznać, że jesteśmy „inni”. Nie wiem czy nasze postrzeganie świata jest właściwe, ale ja się „tutaj” dobrze czuję. Na pewno coś pominąłem, bo to jest kolejne pytanie, na które można dużo gadać.

Wegetarianizm jako styl życia coraz zuchwalej przebija się do mainstreamu. Kiedy dzięki hc/punkowi zdecydowałem się w to wejść, nie było to prawie w ogóle widoczne, a przez moje „niescenowe” otoczenie było to odbierane jako chwilowy kaprys zbuntowanego dzieciaka. Czy nie sądzisz, że olbrzymie zasługi w zakresie zwracania uwagi na tematykę praw zwierząt i promocji tego sposobu myślenia zawdzięczamy rozwojowi internetu? Wyżej powiedziałeś też ciekawą, ale chyba nie dla wszystkich oczywistą rzecz – że wegetarianizm oznacza szacunek do każdego życia, również ludzkiego. Czy zdarzyło Ci się spotkać z takim specyficznym tokiem myślenia niektórych wegetarian, że ludzie to nic nie warte ścierwo i generalnie lepiej pomagać zwierzętom niż ludziom? Jednoczesna nienawiść do ludzkości i miłość do zwierząt ma Twoim zdaniem jakiś sens? Bo moim zdaniem rzucanie takimi słowami jest z reguły wynikiem naburmuszonej pozy lub dziecinnej generalizacji.

Internet w ogóle jest idealnym narzędziem do przekazywania informacji i pewnie dzięki niemu też możemy zawdzięczać rosnącą popularność wege stylu życia. Mnóstwo przepisów, informacji gdzie możemy kupić coś fajnego, ludzie wymieniają się doświadczeniami, no i odpowiednie grupy zajmujące się prawami zwierząt mają łatwiejszą drogę przekazywania informacji. Więc myślę, że internet w jakimś stopniu pomógł. Choć wydaje mi się, że świadomość ludzi jest większa i to głównie temu wegetarianizm stał się popularniejszy. Choć czasami zastanawiam się, na ile jest to po prostu moda. Choć taka moda jest mega pozytywna i nawet jak powiedzmy 10% osób, które robią to tylko dla mody naprawdę w tym zostanie, to i tak jest dużo. Choć nie wiem czy śmieszy mnie to, czy raczej wywołuje u mnie politowanie, jak powiedzmy młoda dziewczyna na jakiejś wege grupie na facebook’u pisze, że jest od trzech tygodni wege i już czuję się słabo albo włosy jej wypadają. Tak samo czuję się jak ktoś pisze, że jest wege i chce przejść na weganizm, ale jak ma to zrobić. No kurwa jak? Normalnie. Internet rozleniwia nasze pokolenie troszeczkę albo ludzie po prostu potrzebują takiego dziwnego zwrócenia uwagi na siebie.
Co do drugiej części pytania. Pewnie, zdarzyło się. Spotkałem się też ze stwierdzeniem, że na chuj pomagać zwierzętom, jak jest tylu ludzi potrzebujących, a zwierzę to jest własnością człowieka i koniec. Zazwyczaj takie osoby tylko gadają, a ich pomoc ogranicza się tylko do wrzucenia Owsiakowi do puszki raz do roku. Moje zdanie jest takie, że ludzie to w sumie wrzód na tyłku świata, Więcej-jesteśmy wrzodami sami dla siebie. Z tym się musisz chyba zgodzić? Jedyne co nas różni, to poziom gówna w naszych głowach, a Ci którzy mają go najwięcej wyróżniają się niestety najbardziej. W sumie to my jesteśmy odpowiedzialni za cierpienie tych zwierząt. Nie wiem jak to jest w świecie zwierząt, ale człowiek jest przeraźliwe okrutny w stosunku do siebie i pełen pychy. Kurwa nie jesteśmy panami świata, jakby mogłoby nam się wydawać. Dlatego czasami takie stwierdzenia mogą nie dziwić. Jednak uważam, że nienawiść do ludzi za to, że nimi po prostu są, to trochę dziwne. Czy to ma sens? Nie wiem. Ja tam nie mam takiej nienawiści do ludzi, mimo tego co powyżej powiedziałem. Miłość jest zajebista i jak byśmy dawali jej trochę więcej wzajemnie, to by nam się żyło chyba lepiej. Jeśli ktoś pluje tak strasznie jadem w stosunku do ludzi w swoim otoczeniu to chyba raczej właśnie tacy, którzy taką naburmuszoną pozę przyjmują. Czuję, że to są te same osoby, które tak starają się przekonać wszystkich do bycia wege/vegan, że aż odstraszają i ukazują „nas” w negatywnym świetle.

W szerokiej perspektywie jak najbardziej zgadzam się z tym, że człowiek jako gatunek jest odpowiedzialny za zło tego świata, wkurwiam się i ręce mi opadają na to, co wyrabia na pewno niemniej niż Tobie, ale z drugiej strony jego reprezentanci potrafią mnie każdego dnia inspirować, pozytywnie zaskakiwać, część z nich kocham, część lubię i darzę szacunkiem, wydaje mi się również, że ma tak każdy zdrowo myślący człowiek. Po prostu takie są dwie strony medalu – ci, którzy dają nam siłę także są częścią tej ludzkości, o czym często zdajemy się chyba zapominać, mówiąc że ludzie to syf. Dlatego myślę, że nie da się postawić sprawy na jednej szali, właśnie przez to „bogactwo inwentarza”, a popadanie w skrajne tony niczemu nie służy. I tak jak trafnie to ująłeś różnimy się poziomem gówna w naszych głowach. Powiedziałeś w wywiadzie dla Violence, że nie za bardzo potrafisz odnaleźć się w społeczeństwie naszego kraju. Które jego cechy są dla Ciebie największym jego problemem?

Powiedzmy, że było to trzy lata temu i na pewno coś we mnie się zmieniło od tamtego czasu. Zaczynałem nową pracę i w ogóle dużo zmian przeszedłem prywatnie. Tak szczerze to dalej czasami się gubię, ale chyba już nauczyłem się, że tak po prostu jest. Poznałem kilka osób nawet spoza naszego środowiska i wydaje mi się, że chyba żyjemy w takim zagubionym społeczeństwie. Jeszcze powiedzmy, że moje pokolenie jest chyba takie zagubione i trochę oszukane. Dzisiaj przez pryzmat czasu wydaje mi się, ze to co mi najbardziej przeszkadza, to ta ciągła gonitwa po wszystko. Wszędzie nam wmawiano, że należy być „kimś”, tylko nikt do końca nie wie co oznacza to „być kimś”. Tak jakby nie można by było być po prostu sobą i zatrzymać się usiąść. Przyjąć sobie swoje tempo życia. Wracając do pytania. Przeszkadza mi ciągła gonitwa i czasami ekstremalne tempo życia. Zawsze wkurwiała mnie religia w naszym kraju. Z religią chyba idzie ten jebany ciemnogród. Nie chcę nikogo urazić, nie przeszkadza mi to, że ktoś się modli. Każdy ma do tego prawo, ale przejebane jest to, że jak ksiądz wykorzystuje dziewczynę, to bydło jakichś ekstra katolików twierdzi, że tak nie jest, że dziewczyna jest winna. Wiadomo kto wygrał wybory i jakich polityków mamy w naszym kraju. Nie znam się na polityce, ale polityka ma się zajmować polityką, a nie czyimś wyznaniem. Niezłego klina Watykan wbił naszym rodakom, jeśli chodzi o sprawę uchodźców. Muszę przyznać, że z tej strony to należą się brawa, cokolwiek za tym stoi. Sprawa w sprawie uchodźców mnie chyba bardziej zdziwiła niż wkurwiła-tak w skrócie. Dobra, bo znowu za dużo gadam i chyba mijam się z pytaniem. Męczy mnie tempo, brak wiedzy, brak empatii, buractwo, moda na pseudopatriotyzm, brak szans dla młodych, kit jaki się im wciska, model życia gdzie musisz się wpierdolić kredyt, bo jak nie masz kredytu to jesteś idiotą, bo każdy musi mieć kredyt.

Wspomniałeś o tym, że poznałeś trochę osób spoza środowiska. Czy był taki czas, że stosunki koleżeńskie/przyjacielskie utrzymywałeś tylko w ramach sceny? Mnie co prawda takie coś nigdy nie dotyczyło, ale to dość interesujące – jakie w Twojej ocenie zalety i wady ma takie zamykanie się w jednym środowisku?

W sumie to nigdy nie utrzymywałem kontaktów tylko na scenie, ale kiedyś głównie byli tacy znajomi. Wiesz, jak się jest trochę młodszym to trzymasz się w swojej grupie o wąskim zainteresowaniu. Zresztą pochodzę z takiego miasta, nawet dzielnicy, gdzie było dużo załogantów. Wiesz istnieje w Tobie takie przeświadczenie, że Ty jesteś najważniejszy i Twoje poglądy, a inni są źli i nie mają racji. Do tego przez chwilę mieszkałem na skłocie, i w ogóle w głowie tylko hardcore/punk. W międzyczasie poszedłem na studia, poznałem kilka fajnych osób, poszedłem do pracy i tam też poznałem ludzi fajnych ludzi. Nie byli tacy źli, też mieli jakieś pasje i nawet często podobną wizję świata. Wcale nie musiał być w tym hardcore/punk. Moja, już teraz narzeczona, też była spoza sceny. Nic nie musiałem jej tłumaczyć, jeśli wiesz o co mi chodzi. Doskonale się rozumiemy i nawet bardzo mnie we wszystkim wspiera. W sumie to Ona jest moim głównym łącznikiem z „normalnym” środowiskiem. Tak więc chyba tak do końca nigdy nie zamykałem się w naszym środowisku, ale byłem w nim dość głęboko. Nie wiem czy mogę mówić o wadach czy zaletach. Wydaje mi się, że zamykanie się w jakimkolwiek środowisku jest z reguły niebezpieczne i, jeśli można tak powiedzieć, to tworzy w Twojej głowie takie mentalne getto. Później chyba może to skutkować właśnie tym, że ciężko Ci się jest dopasować i nadążyć za czymkolwiek. Jesteś niezrozumiały, Ty nie rozumiesz nikogo i na wszystko się wkurwiasz. Może to mocno powiedziane, ale można wpaść w lekką depresję poprzez to, tak mi się wydaje. To jest moje zdanie i chyba są tacy ludzie, którym z tym jest dobrze. Nie wiem, nie jestem psychologiem. Ludzie na scenie są pozytywni, ale ci spoza niej też są pozytywni. Nie wszyscy, tak jak nie wszyscy na scenie są pozytywni.

Czy nie odnosisz czasem wrażenia, że hardcore/punk funduje swego rodzaju przedłużenie młodości? Bo jakby nie było, ta kultura ją gloryfikuje – nadużywanie wyrazów typu „youth”, „kids” nie bierze się znikąd. Z jednej strony jest to pozytywne, bo młodzieńcza werwa, entuzjazm i pasja jest przydatna i pożądana niezależnie od wieku i etapu w życiu. Ale czy nie jest tak, że jeśli nie zachowa się pewnej dozy dystansu i chłodnego umysłu, można się w tym wszystkim pogubić i zatracić, bo istnieje prawdopodobieństwo, że zahamuje to myślenie o swoim życiu w poważnych kategoriach?

Oczywiście, że jest przedłużeniem młodości. Nie powiedziałem tego wcześniej, ale to jest też jego przeogromna zaleta. Właśnie pasja jest potrzebna, żeby jakoś w tym życiu się realizować. Cokolwiek by to nie było taniec, fotografowanie, rysowanie, nie wiem teatr czy nawet pasja do samochodów. Cokolwiek. My mamy to szczęście, czy pecha, że trafiliśmy na hc/punk, a w nim to nad wyraz jest zaznaczone. Spójrz na Fakira, jest starszy od połowy moich znajomych z pracy, a mentalnością to nie wiem czy nie młodszy ode mnie. Tacy ludzie zarażają zajebistą energią i chęcią do robienia czegokolwiek. To chroni nas przed tym, że nie stajemy się takimi próchnami społecznymi i jesteśmy wiecznie zbuntowani oraz oczekujemy czegoś więcej niż tylko piątku i soboty. Każdy kij ma dwa końce i znowu się z Tobą zgadzam, że może to być niebezpieczne. To jest to o czym wcześniej powiedziałem, że później trudno się dostosować i pogodzić z „normalnym” życiem. Trzeba uważać, żeby się nie zatracić, bo istnieje takie ryzyko. Tego dzieciaka w sobie musimy poddać pewnym testom i obowiązkom, bo chcąc czy nie chcąc żyjemy w takich czasach, jakich żyjemy i trzeba to zrobić. Zresztą na przykład wydawało mi się kiedyś, że mało punkowe jest rodzicielstwo, ale patrząc na swoich kolegów z zespołów widzę jakiego pozytywnego kopa im to daje. Myślę, że rola rodzica jest najtrudniejsza i najpoważniejsza, ale te „youth” nie musi koniecznie w tym przeszkadzać. Znowu trochę chyba odbiegam ale skracając. Tak, hc/punk wydłuża naszą młodość, ale musimy uważać bo przez to możemy mieć problem nawet z samoakceptacją. Dodam jeszcze, że sam sobie powiedziałem w wieku 30 lat „pora dorosnąć” i zająłem się bardziej pracą, ale hardcore/punk pomaga mi nie stać się jebanym szarym zombie.

Chyba w wywiadzie, o którym wspomniałem wcześniej zwracałeś uwagę na to, że marnujemy bardzo dużo czasu na bzdury. Nie ukrywam, że sam się na tym łapię i to jest raczej szerszy problem będący pokłosiem nawału informacyjnego, rosnącej komercjalizacji wielu dziedzin życia i konsumpcjonizmu. Czy nie odnosisz wrażenia, że to postępuje i z każdym dniem będzie pod tym względem coraz gorzej? To już teraz się dzieje, że ludzie przestają się koncentrować na rzeczach ważnych i wartościowych, bo rozkojarza ich i atakuje zewsząd dużo powierzchownych i pustych bodźców, tworząc w głowach myślowy śmietnik.

Pewnie każdy czasami marnuje czas na bzdury. Bo mamy takie prawo. Dla każdego bzdura jest inaczej zdefiniowana i zawsze jest czymś innym. Trzeba czasem odpocząć, nie musimy z każdym wszędzie dyskutować na same trudne tematy, można pogadać o grach video na przykład. Sam odczuwam, że zawojowanie się muzyką to bzdura, bo kto właściwie teraz tego słucha?! Czyli prostując dla każdego bzdura czy rzecz mało istotna to co innego i inaczej zdefiniowana. Umówmy się, że są to rzeczy nie wnoszące nic istotnego do społeczeństwa, nie dają samo rozwoju czy jest to marnowanie czasu i siły. Nawiązując do tego, co powiedziałem w poprzednim zdaniu od jakiegoś czasu zauważyłem to, że młodsze osoby ode mnie o około 10 lat , osoby wychowane z youtubem, facebookiem, ogólnie internetem faktycznie nie koncentrują się na niczym, co można postrzegać jako ważne. Uważam, że na pewno jedną z głównych przyczyn to ogromny nawał informacji, jakim jesteśmy teraz atakowani. Nie mówię, że wszyscy, ale znaczna część osób stała się strasznie leniwa i pełna ignorancji. Wspomnieliśmy o tym wcześniej, że to internet jest z jednej strony błogosławieństem, ale z drugiej strony odwraca uwagę i rozkojarza. Oczywiście nie dotyczy to tylko osób młodszych, ale sam się na tym łapie, że mam mętlik w głowie. Tyle, że jeśli ja czy Ty to zauważamy, bo wiemy, że to nie zawsze jest w porządku być ignorantem i nie w porządku jest dbać tylko o swoją wygodę lub czujemy, że chore jest ekstremalnie powiększać swój dobrobyt i „zjadać więcej niż możemy”, to wiele młodych ludzi już nie potrafi się przez to przebić i nie poczuwa się do osiągnięcia niczego więcej, poza zaspokojeniem swoich najbanalniejszych potrzeb. Tak zauważam, że to postępuje, ale czy będzie gorzej? Będzie inaczej, czy gorzej to nie wiem. Należy pamiętać, że są ludzie którzy będą zadawać trudne pytania, zawsze ktoś się taki pojawi. Zawsze znajdzie się ktoś, kto w tym nawale informacji i komercjalizacji znajdzie coś istotnego i faktycznie ważnego uwagi. Świat się zmienia. Musimy się z tym pogodzić, tak jak musieli się z tym pogodzić nasi rodzice. Różnica jest taka, że trochę bardziej przyspiesza, ale każda akcja rodzi reakcje i buntownicy zawsze się znajdą. Tacy, którzy nie dadzą sobie w głowie za bardzo mieszać.

Poza Minority wokalujesz również w Burning Sky, które jest dużo bardziej metalowe od Minority. Na koncercie w Warszawie zwróciła moją uwagę Twoja koszulka Obituary. Pytanie brzmi: czy byłeś kiedyś metaluchem? Jaką drogą wszedłeś w hardcore? Może właśnie przez metal, tak jak ja?

Obituary to dojebana kapela z hc/punkowyn feelingiem. Na ostatniej trasie Castetu i GLO rządził w busie „Redneck Stomp”. Wracając do pytania. Tak naprawdę na poważnie z muzyką zacząłem poprzez polski rap. Słuchałem Liroya, WYP-3, Kalibra, Nagły Atak Spawacza i Slums Attack. Wiesz, wszystko gdzie cokolwiek rapowali. Do tego mój brat słuchał dużo Sepultury, której ja słucham do dzisiaj. To on mnie tym zaraził, ale to dalej nic. W moim życiu pojawiło się Dog Eat Dog i nie dość, że oni rapowali, to do tego tam było w chuj gitar. Zwariowałem. Później Biohazard i Rage Against The Machine, i tego też słucham do dzisiaj. Kurwa i w sumie nie pamiętam, kiedy zaczął się ten hc/punk już tak na serio. Ciężko mi stwierdzić, bo u mnie na osiedlu punków biegało bardzo dużo. Mieszkałem w tym samym bloku co Libuś z Counterweight. Pamiętam ich, że oni chodzili w koszulkach Slayera. Dużo załogantów słuchało In Flames, była u nas taka kapela Cries Of The Tormented. Tak w ogóle, gdy wchodziłem w scenę to rządził metal-core. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Mój pierwszy zespół był złożony głównie z metalowców i graliśmy taki trochę death-metal. Nie pasowało mi to do końca, wolałem oldschool…. Tak więc chyba nigdy nie byłem metaluchem, ale nigdy metalem nie gardziłem. Do końca sam nie wiem jak wszedłem w hardcore, miałem dużo wpływów i dużo gatunków muzyki słuchałem jednocześnie. Zamykanie się tylko w jednym gatunku to strata czasu. Do dziś słucham dużo rapu, metalu, nawet rocka czy elektroniki. Mimo to, najlepszy metal to taki, który grają hardcoreowcy. Nie lubię tej fali pseudo metal-death-crab-czy chuj wie co-coreowych kapel. Tu musisz się ze mną zgodzić, że to chłam (no ba- przyp.K.). Dlatego byłem w szoku właśnie Sailor’s Grave i brakowało mi czegoś takiego na polskiej scenie. Kumaci ludzie wykurwiający dobry metalcore w stylu takiego Heaven Shall Burn czy Arkangela. Za porównania możecie się obrazić.

Te porównania są wielkim komplementem i bardzo fajnie, że Ci się tak kojarzymy, nawet pomimo tego, że osobiście nie odnajduję zbyt wielu muzycznych punktów stycznych z tymi kapelami u nas :). Drążąc temat tych koneksji metalu i hc, czy Twoim zdaniem scena hc jest otwarta na ludzi z metalowego środowiska? Czy nie masz czasami wrażenia, że ludzie z hc niekiedy zdają się patrzeć na nich protekcjonalnie i jednocześnie zniechęcając do głębszego zainteresowania się tym, co scena ma do zaoferowania?

Wiesz co nie wiem jakimi prawami rządzi się scena metalowa, bo nigdy na niej tak mocno nie byłem. Czy ludzie z naszej sceny są otwarci na tych z metalowej? Mi się wydaje, że to zależy jakie nastawienie mają Ci ze sceny metalowej. Czy są to fani metalu czy zwykłe kuce, bo niektóre kapele podające się za hardcorowe to dla mnie są mniej hc niż np. wcześniej wymienione Obituary. Wiesz o co mi chodzi? No i hardcore’owcy też potrafią chyba rozróżnić tych „dobrych” od tych „złych”. Dlatego czasami może niektórzy przybierają negatywne postawy w stosunku do metalowców. Pomimo to wydaje mi się, że dzisiaj my jesteśmy bardziej otwarci na scenę metalową niż ona na nas. Zresztą wiesz poza Wami czy Burning Sky, weź Indication, Incitement, The Dead Goats, Outbound, Earthbound, do tego można dorzucić Heaven Is Hell, Icon Of Evil czy Creeping Corruptz. To kapele, które są naszymi scenowymi kapelami, ale grają metal, o różnych twarzach, ale metal. Można jeszcze wymienić ogrom kapel zagranicznych. Pomijając nawet to, częściej widać hc kidsów w koszulkach metalowych kapel niż metalowców w koszulkach punkowych. Powodem braku zainteresowania niekoniecznie może być też to, że ludzie z hc sceny przybierają obronną postawę ale to, że hc scena może wydawać się mało atrakcyjna dla fanów metalu.

To teraz takie przewrotne pytanie. Jakie płyty metalowe zjadają Twoim zdaniem 90% hardcore`a i odwrotnie? :)

Obituary „World Demise” i „Cause of death”, Sepultura niech bedzie „Chaos A.D.”, Bolt Thrower „Honour Valour Pride” i kurwa niepokonani, najlepsi i niezwyciężeni Brutal Truth „Extreme Conditions Demand Extreme Responses”. Muszę się przyznac, że łatwiej mi było wymienić te metalowe, ale uwaga: Trial „Are those are lives?”, Sick Of It All „Scratch The Surface”, Dag Nasty „Can I Say”, Barcode „Beerserk” i wszystko co nagrali What Happens Next?

Ładne ciosy wymieniłeś :). No i tę miłą konwersację zakończmy takim oto pytaniem: czy są wersy tekstów jakichś kapel, które szczególnie odcisnęły na Tobie piętno, w jakiś sposób wpłynęły na Ciebie i zdarza Ci się je sobie przypominać?

Niestety nie ma takich wersów. Słucham mnóstwo muzyki i często trudno mi zapamiętać teksty, ale ostatnio miałem ciary, jak przeczytałem prosty tekst mojego kolegi Biskupa z Mentally Ill: „They know me better, they know what I want! They know me better, they know what I need!” Do tego idealnie pasuje do naszej całej rozmowy.

Foty: Katarzyna Gromada, piataesencja.pl


Od zawsze na zawsze, eleganckie zachowanie. A nie w chuja granie, zyski równo rozliczane. Przekaz hula, dobra morda kuma, kto nie kuma no to rura.

NO COMMENTS

Leave a Reply