Obscene Extreme 2009


No to jedziemy. To będzie relacja z jednego z najbardziej przejebanych festiwali w Europie. Obscene Extreme. Chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, co się kryje za tymi dwoma słowami. 3 dni sonicznego terroru i klimatu, którego żadnymi słowami opisać się nie da.
Swoją podróż do Czech rozpocząłem już w środę, kiedy „na stopa” wyruszyłem w stronę Wrocławia. Miałem szczęście, bo postoje okazały się stosunkowo krótkie i dosłownie na 5 samochodów dojechałem do celu. Breslau przywitało mnie konkretną ulewą i ociekający deszczówką dotarłem do ziomka, który mnie przenocował. Od rana szlajanie się po stolicy Dolnego Śląska, podziwianie świetnej architektury tudzież leżenie w parku na trawie. Sielanka. Miałem tyle wolnego czasu, ponieważ koledzy, z którymi miałem przetransportować się do samego celu (czyli Svojsic), zaplanowali wyjazd z Wrocka dopiero koło 16. Podróż do Czech minęła całkiem szybko, bo od razu znaleĽliśmy wspólny język i wraz z przyklejonymi do łap browarami ucięliśmy sobie miłą pogawędkę. Najbardziej rozbroił mnie tekst niejakiego Maciaki (pozdro!), który nasze dywagacje na temat kapel tegorocznego Obscene podsumował krótko acz bardzo wymownie: „ja to tam tylko czekam aż dostanę swoje 5 litrów spirytusu” haha. Na teren festiwalu udało się wbić pod wieczór, konkretnie podczas występu Birdflesh, którego zobaczyłem tylko urywek, bo trzeba było rozkładać namiot.<p style=”visibility:visible;”><object type=”application/x-shockwave-flash” data=”http://widget-08.slide.com/widgets/slideticker.swf” height=”320″ width=”426″ style=”width:426px;height:320px”><param name=”movie” value=”http://widget-08.slide.com/widgets/slideticker.swf” /><param name=”quality” value=”high” /><param name=”scale” value=”noscale” /><param name=”salign” value=”l” /><param name=”wmode” value=”transparent”/> <param name=”flashvars” value=”cy=ms&il=1&channel=3530822107887102216&site=widget-08.slide.com”/></object>Kolesie jak zwykle w wypasionych strojach, zabawiający publikę swoim bardzo wyluzowanym, ale i kopiącym dupę grindcore`m. Publika już nieĽle rozkręcona, więc tym szybciej polecieliśmy ogarnąć domek (dzięki Mesjasz za kimanie!), żeby zdążyć na Municipal Waste. Kiedy już byliśmy pod sceną i zobaczyłem co się dzieje, nie wytrzymałem nerwowo, oddałem klucze, telefon i portfel chłopakom i od razu wbiłem się w młyn. Świetny, energetyczny thrash metal został fantastycznie przyjęty przez publikę, która szalała na wszystkie możliwe sposoby. Stage-diving, mosh i ogólnie klimat 10 :). Panowie z MW (nie Młodzieży Wszechpolskiej hehe) także się nie oszczędzali – sporo ruchu na scenie, dobry kontakt z publiką. Była też ściana śmierci, która wyszła bardzo fajnie. Kapela zdecydowanie odstawała stylistycznie, ale wydaje mi się, że zabieg „urozmaicający” sprawdził się w 100% i mam nadzieję, że w przyszłości będzie więcej takich ciekawych „rodzynków”. Po Municipalach przyszedł czas na polską reprezentację (już drugą tego dnia, niestety FAM przegapiliśmy), czyli Dead Infection. Nie powiem, żebym był tym koncertem zachwycony. Odnoszę wrażenie, że dzisiejsze oblicze tej kapeli to odcinanie kuponów, granie jakby na siłę. Nie podobały mi się w ogóle partie wokalne, Pierścień i Hal nie sprawdzają się w tej roli. Wychodzę zresztą z założenia, że największą miazgę robią kapele, które mają oddzielnego gardłowego, skupiającego się w 100% na „mikrofonowej robocie”. Także, Cyjan i spółka- dla mnie rozczarowanie. Na koniec pierwszego dnia tradycyjnie wystąpili kolesie z Hell Show robiący pokaz ekstremalnego piercingu, podwieszania itp. Bardzo ciężkie klimaty, a efekt potęgował telebim, na którym można było śledzić wszystko „z bliska”. Przy okazji, wspomniany telebim okazał się dobrym uzupełnieniem do koncertów, bo nie dość, że ogarniał to, co się dzieje na scenie, ale jeszcze wplatane były urywki jakichś różnych filmów. W ogóle wizualizacje jako dodatek do występów uważam za interesujący pomysł. Dzień się jednak jeszcze tak szybko nie skończył, bo razem z napotkanymi chłopakami z Chełma skoczyliśmy potem na pole namiotowe, gdzie w miłej atmosferze raczyliśmy się procentami, a mistrzem opowieści okazał się wokalista Jig-Ai. Kij z tym, że połowy jego nawiki nie mogłem zrozumieć, bo wkręcił mu się słowotok z prędkością bolidu Kubicy hehe. Ale trzeba przyznać, bardzo miły koleś. W końcu jednak zmęczenie wzięło górę i każdy poleciał w stronę swojego namiotu.
Drugi dzień rozpoczęliśmy z Mesjaszem (czy tam Masjeszem, nieważne hehe) od przechadzki do sklepu trochę okrężną drogę, żeby trochę poznać okolice. No i tak, jak ludzie na forach mówili (pierwszy raz Obscene w nowym miejscu, wcześniej był tam Brutal Assault), zadupie totalne. Ale z drugiej strony, to nie przeszkadza, kiedy pogoda jest ok i jest się samochodem. Jednak gdybym miał tam dojeżdżać na stopa, to ja chyba dziękuję hehe. Svojsice to wiocha zabita dechami, jeden sklep, kilka domów, wokół tylko pola i lasy. Po myciu i jakimś tam śniadaniu poszliśmy szukać cienia nieopodal sceny, bo upał był konkretny (ale mi to akurat pasowało;)). Jakieś tam gadki-szmatki i rozpoczęły grać jakieś kapelki. Wszystkie od początku widziałem, ale nie pamiętam ich za dobrze. Spodobał mi się bodajże Distaste, który prezentował szwedzką szkołę grind, inspirowaną kapelami typu Nasum. A mnie akurat takie granie bardzo rusza hehe. Ok. 14:30 wystąpiło największe dla mnie zaskoczenie Obscene – zespół Idiots Parade (Czechy). Wyskoczyło trzech kolesi z bardzo niepozorną dziewczyną i…położyli mnie na łopatki. Petarda po prostu! Świetny, świeży i szybki grindcore (dość krótkie numery) z niesamowitym wokalem owej damy (wysoki i bardzo charakterystyczny krzyk/skrzek). Bardzo polecam. Kilka chwil wcześniej naszą uwagę przykuł dość gęsty obłok dymu, który unosił się w okolicach budek z żarciem. No i okazało się, że jest konkretny pożar, wskutek którego doszczętnie spaliła się jedna z przyczep gastronomicznych. Jeśli już w pewnym sensie jesteśmy przy temacie jedzenia, na Obscene można było posilić się pełną gamą typowo czeskich smakołyków, typu langosze, smażeny syr itp. Cały „catering” był wegetariański, co nie ukrywam bardzo mi pasowało hehe. Następną z kapel był niejaki GAF, ale kompletnie tej kapeli nie pamiętam. M:40 za to znam i lubię, z przyjemnością więc posłuchałem ich ciekawego szwedzkiego crusta z pewną dozą melodii. Bardzo fajny występ, ludziom też się bardzo podobało. W ogóle, świetną sprawą na Obscene jest to, że ludzie bawią się od pierwszej do ostatniej kapeli każdego dnia. Po Szwedach na deskach zainstalował się czeski Imperial Foeticide, ale ich brutal death metal w ogóle mnie nie porwał, krótko mówiąc wtórność i nuda. Dobrze jednak, że są takie kapele, bo jest czas na intergrację z ludĽmi hehe. Jakoś właśnie w tym czasie odbywało się „party” na ławeczkach, które okupowała m.in. ekipa z dzikiego wschodu Polski. Dołączając tam, załapałem się na niekiepskie, swojskie trunki przynoszone bez żenady w baniakach pięciolitrowych hehe. Trochę sobie tam posiedziałem, po czym wróciłem do poprzedniej „hordy” hehe. W międzyczasie grał Wormrot z Singapuru, który oczywiście konkretnie pozamiatał wszystko swoim brudnym, furiackim i nieziemsko szybkim grindem. Można się było tego spodziewać po wydaniu ich ostatniej, rewelacyjnej płytki pt. „Abuse”. Szwajcarski Mumakil to jedna z kapel, które chciałem najbardziej zobaczyć na tegorocznym OEF. Jak dla mnie elegancko. Brutalny, nowoczesny i techniczny grind/death naprawdę mógł się podobać. Przykuwał uwagę gruby, brodaty wokalista, jak i perkusista, który wykręcał na swoim zestawie naprawdę kozackie tempa. Kolejnego Bombstrike nie pamiętam za dobrze, bo robiliśmy wtedy z chłopakami procentowy temat na górce i w sumie średnio skupialiśmy się na tym, co dzieje się na scenie. Ale gdy rozkładał się Afgrund, bardziej skoncentrowałem się na dĽwiękach z niej płynących. No i nie wiem, może teraz wyjdę na totalnego głąba itd., ale jeśli mnie pamięć nie myli, Afgrundy rozpoczęły gig od coveru Nasum. I był to bodajże „Just Another Hog”. Miłość do tej kapeli oraz procenty we krwi zrobiły swoje i kiedy to usłyszałem, od razu pobiegłem pod scenę. Choć jak mówię, byłem trochę zrobiony i mogło mi się wydawać hehehe. Ogólnie koncercik Szwedów bardzo mi się podobał, był power, jak i specyficzny feeling. Kolesie potwierdzili, że nie bez powodu wymienia się ich nazwę wśród najlepszych spadkobierców ekipy Mieszka Talarczyka. Po ich sztuce udałem się pod namioty, kontynuować integrację hehe. Przez to straciłem występ Lividity (nie płakałem) i Venomous Concept (nerw trochę ruszył hehe), no ale Disfear nie wypadało przeoczyć. Rock`n`rollowy d-beat crust na najwyższym poziomie od razu ruszył moją dupę pod scenę, gdzie ostro „działałem” i ta moja „działalność” skończyła się raz lekko niefortunnie (po skoku ze sceny upadłem plecami o beton hehe). Disfear zniszczył, Tompa jest rewelacyjnym, niesamowicie charyzmatycznym frontmanem, a sama muzyka porwała ludzi, którzy po występie nie mogli ich nachwalić. Występ kolejnych już tego dnia Szwedów przyćmił nawet koncert „ojców grindu”. Nie można powiedzieć, że Napalm Death zawiódł, ale czegoś w ich sztuce brakowało. Na pewno brzmienie było zjebane, bo czasem naprawdę ciężko było rozpoznać poszczególne numery. I jakoś taki bez historii ten występ. Ale mimo wszystko cieszyłem się, że mogłem ich zobaczyć i usłyszeć po raz kolejny. Dla samych charakterystycznych klasycznych temp, feelingu bijącego z ich numerów, ruchów i zachowania Barneya oraz łysiejącego, spoglądającego z spod kurtyny loków dziadka Shane`a trzeba było tam być. Od razu po Napalmach skoczyłem do namiotu, bodajże po bluzę i to okazało się moją największą porażką festiwalu, ponieważ przez to przegapiłem Wolfbrigade! Pluję sobie w brodę i jednocześnie mam nadzieję, że wkrótce nadrobię ten grzeszny czyn. Po prostu po drodze zagadałem się z jakimś Holendrem, a potem zaczęło nieĽle sikać z nieba i wybrałem przeczekanie opadu w namiocie. Kiedy wróciłem ustawiało się już meksykańskie Oxidised Razor. Ziomale ode mnie z Kasku szczególnie czekali na ten występ, bo dzień wcześniej mocno się z nimi skumplowali na polu namiotowym hehe. Mimo tego, że gore grindu nie za bardzo słucham, to podobało mi się, co ci niepozorni delikwenci wyrabiali na scenie. Uwagę przykuwał szczególnie niewysoki, „indiańskiej” urody wokalista. Bulgoty niezłe zapodawał trzeba przyznać. Chciałem już w sumie powoli zbierać się do namiotu, bo trochę piĽdziło, ale kolega Globus (pozdro zią!) mnie zatrzymał i bawiliśmy pod sceną do ostatniej kapeli hehe. Abaddon Incarnate z Wysp Brytyjskich było z pewnością jednym z jaśniejszych punktów festiwalu. Bardzo dobrze odegrany, grind/death na 3 wokale naprawdę robił wrażenie. Dużo się działo na scenie, muza też ciekawa, więc nudzić się nie można było na pewno. Następny zespół Joe Pesci w ogóle nie wbił mi się w pamięć, poza tym, że ich występ był chujowy hehe. PóĽniej zagrała kapela Urtikaria Anal, która prezentowała dość prymitywną, prostą i pełną prostackich zwolnień wersję gore grindu czy tam porn grindu, nie wiem, nie znam się hehe. Kolesie przykuwali uwagę swoimi maskami sadomaso, ale poza tym naprawdę nic ciekawego się nie działo. To była ostatnia kapela jaką właściwie widziałem, bo dwóch kawałków następnej, niejakiego Amoclen, tak jak w przypadku, Joe Pesci nie zapamiętałem. Skleroza nie wybiera hehe.
Trzeci i ostatni dzień Obscene przywitał nas niebem totalnie zasnutym chmurami. Nie wróżyło to niczego dobrego. Ale nic to, trzeba było się jakoś oporządzić i ruszyć pod scenę na pierwszy zespół. Był to niejaki niemiecki Boiler. Na kolana rzuciła mnie tylko nazwa, sam występ był tak przeciętny, że nawet go nie pamiętam. Kolejna grupa – francuski Defecal Of Gerbe pokazał się z lepszej strony. Kolesie poprzebierali się w jakieś niekiepskie stroje i jak na konwencję przystało, grali coś w podobie Gronibard, Ultra Vomit, choć bez aż takiego powera. Niby 3 kolesi na wokalach, ale ogólnie nic porywającego tam nie prezentowali. A mając taką liczbę „frontmanów” oczekuje się totalnego szaleństwa, ognia i rozpierdolu. Trochę jednak tego zabrakło. I tutaj w relacji nastąpi przerwa, ponieważ centralnie nad terenem festiwalu urwała się jakaś chmurka i waliło deszczówką ładne parę godzin, wskutek czego przegapiłem masę kapel z rana. Wiem, powinienem się dla Was poświęcać i oglądać wszystko jak leci, ale raczej nikt by mi póĽniej nie ufundował pakietu z lekami. Chyba, że są jakieś grind-dotacje z NFZ-u hehe. Generalnie to z kapel, które przegapiłem chciałem zobaczyć tylko rosyjską Septicopyemię.<p style=”visibility:visible;”><object type=”application/x-shockwave-flash” data=”http://widget-2a.slide.com/widgets/slideticker.swf” height=”320″ width=”426″ style=”width:426px;height:320px”><param name=”movie” value=”http://widget-2a.slide.com/widgets/slideticker.swf” /><param name=”quality” value=”high” /><param name=”scale” value=”noscale” /><param name=”salign” value=”l” /><param name=”wmode” value=”transparent”/> <param name=”flashvars” value=”cy=ms&il=1&channel=3386706919811252266&site=widget-2a.slide.com”/></object>Pod scenę polazłem, mimo deszczu (a jednak trochę się starałem hehe) na czeski Spasm. Z nieba leje jakby ktoś tam wypił z 666 browarów i trzymał przez te wcześniejsze 2 dni słońca, na oko z 15 stopni temperatury max, a tu na deski wskakuje 3 wesołych kolesi prawie na golasa. Perkusista i gitarzysta w majteczkach mocno wciśnięcych pomiędzy półdupki, a wokalista wyglądający jak wąsaty, stateczny prezesik z pokaĽnym brzuszkiem, dla odmiany w stroju Borata. Trio pokazało czeską szkołę gore grindu, całkiem niezłą, ale w ogólnym rozrachunku też nie ma się za bardzo nad czym onanizować. Potem coś się tam kręciłem w tę i z powrotem, aż dotarłem na Pigsty. No i od tej kapeli zaczęło się ogólnie coś dziać na scenie. Fajny, energetyczny grind z pewnymi wpływami hc i całkiem niezłym brzmieniem. Nie podobały mi się tylko wokale, które jak przystało na taką nazwę, powinny zamienić scenę w jeden, wielki, potężny chlew. No, ale siły w tych wokalach jakoś tak trochę mało było. Sytuację jednak uratowało Jig-Ai, które widziałem po raz kolejny i ten występ utwierdził mnie w przekonaniu, że jest to obecnie chyba najlepsza kapela grind w Czechach. Jeden wielki taneczny gore-grindowy walec z niesamowitym feelingiem i potężnie niskim brzmieniem. Wokale w tej kapeli to arcydzieło, tym bardziej że ponoć koleżka nie wspomaga się żadnymi pitch-shifterami i innymi harmonizerami. No bulgoty, kwiki, wdechy takie, że ma się wrażenie jakby kolesiowi miały zaraz jelita przez gardło wyskoczyć. Piękna sprawa:). Zaraz miał się rozstawić Fleshless, ale skoczyliśmy do przylegającej do amfiteatru knajpy i większość koncertu kolejnej „knedliczkowskiej” kapeli wysłuchaliśmy zza płota. Dziwna formacja, niektóre momenty mieli całkiem fajne, ale wszystko to ginęło w zalewie czeskiej przeciętności. Strasznie nierówne to wszystko. Niby ten ich techniczny death metal jest dość zróżnicowany, ale właściwie nic z tego nie wynika. Brakuje jakiejś spontaniczności, agresji. Mob 47, legendarna szwedzka załoga reaktywowana po wieelu latach, wymiatająca old-schoolowy, bezkompromisowy punk pokazała się z pozytywnej strony. Dużo furii, brudu, szaleństwa, szybkości, ale z drugiej strony tego typu granie najlepiej sprawdza się w ciasnych klubach czy na skłotach. Jakiś dziwny niedosyt pozostał. Fani death metalu zaczęli tłumnie zbierać się pod sceną, bo za chwilę miał swoje przedstawienie zacząć Hail Of Bullets, jedno z największych objawień tego stylu ostatnimi czasy. Kolesie weszli na scenę tuż po zmroku, podobać mogła się dzięki temu gra świateł. Jeśli chodzi o muzę, całkiem spoko. Dużo old-schoola, umiarkowane tempa, masa zwolnień, bez technicznego ciśnienia, generalnie bardzo fajny klimat. Alternatywa dla kapel typu Origin. Tylko że…jak dla mnie był to za długi występ. Kawałki od pewnego momentu zaczęły się strasznie ślimaczyć, a w tak beznadziejnej aurze, jaka panowała, potrzebuje się jakiegoś konkretnego, ognistego i szybkiego kopa w ryj. Zaraz miał jednak zagrać australijski Blood Duster. Wszystkich elektryzowało, co tym razem zrodzi się pod ich chorymi kopułami. Żądnych sensacji od razu informuję, że skandalu nie było. Lipa trochę, bo zdaje się, że pod sceną byli chętni do posmakowania moczu wokalisty hehehe. No tym razem chłopaki wyciągnęli gigantyczną flachę jakiejś wódki i polewali ze sceny ludziom prosto do ryjów. Muzycznie Blood Duster mi się podoba, bo luzacki i imprezowy grind`n`roll wchodzi bardzo gładko, ale to, co sobą kolesie reprezentują nie za bardzo mnie przekonuje. Zdecydowanie za dużo tutaj jakiejś dziwnej nonszalancji, gwiazdorki, braku szacunku do publiki. I akcje typu spychanie z zaskoczenia i z całej siły dziewczyn ze sceny też robi mało pozytywne wrażenie. Owe złe wrażenie zatarł trochę numer, który zespół wykonał razem z Curbim i jego córkami. Wokal przez cały numer trzymał jedną z dziewczynek na ręce, oddawał jej mikrofon itp. Fajny gest w stronę organizatora i oby w taką stronę zespół podążał, a nie trajektorią lotu kubka z moczem rzuconego w kierunku publiki;). PóĽniej brazylijskie Ratos De Porao, czyli żywa legenda old-schoolowego, surowego hardcore/punk. Całkiem przyjemny i sympatyczny koncercik, choć na kolana nie padłem. Na hiszpańskie Machetazo bardzo się nastawiałem, szczególnie po odwołanym ich występie na Gore Galore. Niestety, zawód niesamowity. Z powodu katastrofalnego brzmienia. DĽwiękowiec chyba zasłabł za konsoletą, bo to, co usłyszeliśmy z głośników to była jednym słowem tragedia. Nieczytelne, rzężące, przerywające gitary, zero wokalu, kapota na maksa. Od połowy występu coś tam zaczęło się sukcesywnie poprawiać, ale to nie wystarczyło, aby uratować cały koncert. Szkoda, bo widać, że panowie się starali- ruszali się, trzepali makówami, perkusista nieĽle godził grę z wokalem, ale niestety wyszło jak wyszło.Grupę Bufo słabo pamiętam i prawdę mówiąc już powoli miałem zbierać się do namiotu, ale postanowiłem wytrwać do Crepitation. I dziękuję za to swojej kobiecej intuicji, bo okazał się to jeden z najlepszych koncertów całego Obscene. Kurde, zostałem po prostu zmiażdżony! Ultra brutalny, bujający, slamowaty death metal to było coś, czego brakowało mi przez cały dzień. Megapotężne riffy, ropuchy, knury, dziki i niedĽwiedzie na wokalu oraz niesamowity luz i humor bijący ze sceny. Brytole nie przejęli się nawet tym, że dĽwiękowiec dalej miał problemy z koncentracją i w konsekwencji tego padł prąd w środku ich koncertu. W przerwie nadal nieĽle odwalali, a banany nie schodziły im z ryjów hehe. Występ na szczęście został wznowiony i do końca Crepitation trzymało fason. To jednak jeszcze nie wszystko! Po zakończeniu setu, panowie z tejże kapeli puścili z głośników Abbę i zaczęli wciągać ludzi na scenę. Autentycznie padłem na cyce, kiedy zobaczyłem ok. 30 osób swobodnie tańczących na obscenowej scenie w rytmie hitów typu „Dancing Queen”. Stojąc z Noiserem i patrząc na to, co się wyrabia, nie wierzyliśmy własnym oczom hehe. Kosmos totalny, dla takich chwil warto żyć hehe.
Czas na podsumowanie. Obscene Extreme to 3 dni niezapomnianych przeżyć, durnych akcji, niesamowicie przyjaznego klimatu, no i występów kapel, od których mogą popękać bębenki. Jeśli kogoś odstrasza nazwa, zdjęcia z festu i ogólnie „ekstremalny i fekalny” profil imprezy, może zmieni stosunek, jeśli dowie się, że na terenie festu funkcjonuje nawet przedszkole! „Kinder Grinder” – to mnie najbardziej w tym wszystkim rozwaliło. Duży zielony namiot, gdzie pod opieką miłych pań z obsługi można było zostawić dziecko. Esencja całej atmosfery Obscene – na scenie jakieś pojebane wrzaski, wióry lecą, a nieopodal 5-latki układają grzecznie klocki czy puzzle w koszulkach z napisem „Little Grinder”. Miazga1000:) Pozdro dla kompanów podróży: Jokera, Hacka, Mesjasza (brudasa woodstockowego hehe), Maciaki oraz całej zgraji napotkanych świrów! Do zoba za rok! :)


Od zawsze na zawsze, eleganckie zachowanie. A nie w chuja granie, zyski równo rozliczane. Przekaz hula, dobra morda kuma, kto nie kuma no to rura.

NO COMMENTS

Leave a Reply