Relacja z koncertu Rotting Christ w Poznaniu


Koncert Rotting Christ nie był dobry. Ten gig z wrażenia wyjebał mnie z butów i wciąż przechodzą mnie dreszcze po obolałym ciele na myśl o 30 maja 2015 r. Był to najpiękniejszy prezent imieninowy, jaki mogłam sobie wymarzyć i bez wahania mogę powiedzieć, że to najlepsze wydarzenie tego roku.

Nie uwierzę, że z z owego gigu ktokolwiek mógł wyjść niezadowolony, albo z uczuciem niedosytu. Jestem w pełni przekonana, iż wszyscy dali się ponieść niesamowitej energii przywiezionej aż z Grecji. Muzycy dzięki swojej charyzmie i doskonałemu kontaktowi z publiką mogliby grać nawet disco polo, a ludzie i tak świetnie by się bawili. Kto nie pokusił się o kupno biletu, może tylko pluć sobie w brodę i czekać na następną wizytę Greków. Obecność obowiązkowa!

Supporty całkiem nieźle rozgrzały publikę do dalszej zabawy, która w tym przypadku oznaczała rzucanie  ludźmi o ściany klubu w rytm krwistego black metalu. Varathron wprowadził niepowtarzalnie eteryczną atmosferę, która wypełniła Blue Note po same brzegi, od sceny aż po drzwi wyjściowe. Jak to określił jeden z fanów – to nie był koncert, to był rytuał.

Występ Rotting Christ otworzyło wirtuozowskie intro z Χ Ξ Σ. Wykonanie tego utworu zrobiło na mnie ogromne wrażenie, to było coś totalnie niesamowitego i magicznego. Już wtedy spodziewałam się genialnego show i się nie przeliczyłam!

Setlista była przepełniona przede wszystkim pozycjami z iście fenomenalnej i bliskiej memu sercu płycie Kata Ton Daimona Eaytoy. Każdy utwór został bezbłędnie zagrany: P’unchaw kachun – Tuta kachun, Grandis Spiritus Diavolos, In Yumen-Xibalba oraz tytułowy Kata Ton Daimona Eaytoy. Oczywiście fani starszej twórczości również nie mieli na co narzekać, gdyż można było także usłyszeć następujące numery: Noctis Era, Chaos Geneto, Societas Satanas, Nemecic, King of a Stellar War, The Sign of Evil Existence, Transform All Suffering Into Plagues oraz Athanati Este. Pokazali klasę i z pewnością wycisnęli z siebie ostatnie krople potu. Grali do upadłego i nie dali się długo prosić o bis. Ostatnim utworem, który wykrzyczała większość publiki ze mną na czele był Non Serviam.

Panowie z Rotting Christ prywatnie są przesympatycznymi i otwartymi ludźmi. Z wielką chęcią i uśmiechem na twarzy wyszli po koncercie do swoich fanów, aby rozdać autografy i pogadać. Wybitnie spodobało mi się to, że nikogo nie traktowali z wyższością, co niestety często robią muzycy wysokiej rangi. Chętnie słuchali subiektywnych opinii i dziękowali ludziom za przybycie, a mi również za zdjęcia, które na szczęście bardzo się spodobały.

Mieli prześwietne wyczucie smaku ani się nie upili w sztok, ani nie gwiazdorzyli, jak muzycy z Morbid Angel, nie kazali na siebie czekać czterech godzin, jak jaśnie pan Phil Anselmo (co było dla mnie niczym w porównaniu do czekania 9 lat na Jego koncert), ale wiedzieli, kto tu rządzi i kto swoją grą zmiótł scenę na drobny pył.

Dobry kawał roboty odwalili z pewnością również wszyscy pracownicy: techniczni, ochroniarze, barmani i przede wszystkim solidny i konkretny organizator – Left Hand Sounds, który dopiął wszystko na ostatni guzik i pokazał, że to właśnie do Poznania może zjechać się kilkaset osób na koncert, nie odwrotnie. Fani także dali z siebie wszystko i jestem pewna, że było nas słychać nawet na Starym Rynku.

W Gdyni oraz w Warszawie także się działo, szkoda tylko, że w stolicy został wyprzedany calutki merch, przez co niestety poznaniacy płaczą do dziś. Jestem przekonana, że wszystkie trzy miasta udowodniły, że żaden inny kraj nie potrafi tak wspaniale przyjąć zespołu metalowego, jak Polska.

A co robi Rotting Christ po godzinach? Je kebaby z majonezem do muzyki Feela. I wiecie, co jest w tym najlepsze? Że to prawda.

~ Beatrycze Ratajczak „Kefir” (relacja + zdjęcia)


NO COMMENTS

Leave a Reply