Relacja z poznańskiego koncertu Elm Street

Idąc na heavy metalowy gig spodziewałam się dobrej muzyki, zimnego piwa wypitego w gronie znajomych i przyjemnej atmosfery. A później spotkałam w klubie dwóch kolesi dzierżących w dłoniach łopaty i kilofy. I już wtedy wiedziałam, że to nie będzie zwykły koncert!

Niesamowicie ucieszyłam się na wieść o tym, że Elm Street po dwóch latach wraca do Polski.  Spośród pięciu miast do wyboru zdecydowałam się iść na gig do Poznania, który odbył się 7 czerwca 2015 w legendarnym klubie „U Bazyla”.

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy był bilet. Zawsze żałowałam, że jako fotograf nie mam takiej pamiątki, ale tym razem nawet się z tego ucieszyłam. Na małym czarnym kartoniku nie było nawet napisane kto gra. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że wygląda to jak koncert zespołu „Ticket” pod patronatem Heart Rock Agency.

Jako pierwsi na scenie pojawili się przemili chłopacy z fenomenalnego Deathinition z Bydgoszczy, którzy jak zawsze świetnie zagrali i pokazali, na co ich stać.  Drugim supportem był  łódzki zespół Hybris, który tworzy trójka bardzo sympatycznych gitarzystów oraz perkusista. Ot, dwa kameralne koncerty, które miały być rozgrzewką przed występem Elm Street.

Po dwugodzinnym obiedzie, sesji fotograficznej i wywiadzie, Australijczycy w końcu się pojawili! Światła zgasły, wrzawa ucichła, a po chwili ciszę przerwał energiczny riff na białym Jacksonie.  Zaczęło się prawdziwe show!

Trzeba przyznać, że Elm Street ma naprawdę dobre brzmienie zarówno studyjnie, jak i na żywo. A kto by pomyślał, przecie to zespół, który ma na koncie zaledwie dwie płytki. Ale za to jakie! Barbed wire metal oraz epka Heart Racer w wersji koncertowej to naprawdę potężny heavy metalowy ładunek wybuchowy. Myślę, że nikogo nie zawiedli swoją grą, która była na naprawdę wysokim poziomie i jestem przekonana, że to jeden z najlepiej zapowiadających się nowych zespołów, które mają szansę znaleźć się na szczycie metalowych list przebojów i okładkach zagranicznych pism muzycznych.

Negatywnie zaskoczyła mnie frekwencja. Wszystkich muzyków wraz z resztą pracowników było w sumie więcej, niż ludzi, którzy przyszli na ten gig. Jak zwykle deklarowali się prawie wszyscy, a wyszło, jak zawsze. I nikogo nie usprawiedliwia fakt, że wydarzenie było w niedzielę.

Chłopacy z Elm Street nie przejmowali się, czy grają dla dwudziestu osób, czy dla pół tysiąca. Gołym okiem było widać, że robią to z miłości do tej muzyki i że świetnie się przy tym bawią. Po nich naprawdę można było się spodziewać dosłownie wszystkiego, wcale nie zdziwiłam się, jak Ben w połowie koncertu rzucił z impetem gitarę na ziemię i po chwili znalazł się pośród fanów w moshu. Nic nie było zaplanowane, szatampowe, ani szablonowe. Czysty spontan i impreza rodem z The Art of Partying. Uśmiech nie schodził z twarzy muzyków nawet na moment, dzięki czemu pozytywna energia udzielała się praktycznie każdemu. Szkoda tylko, że grali tak krótko! Nie zdążyłam się obejrzeć, a już było po koncercie.

Muszę przyznać, że nie znam drugiego tak pozytywnego zespołu, jak Elm Street, który ma tak fenomenalne podejścia do publiki. Mają rozbrajające poczucie humoru i co rusz czymś mnie pozytywnie zaskakiwali, albo rozbawiali do łez. Rozmowę z nimi stale przerywały salwy śmiechu, których nikt z nas nie był w stanie opanować.

Przypomnieli mi o czymś, czego zawsze brakowało mi w muzykach z dwudziestoletnim stażem, którzy nie na wszystko mogli sobie pozwolić. Bo niby nie wypada. Bo już mają swoje lata. Bo gramy metal, musimy być poważni.

A Elm Street? Po koncercie postanowili jeździć po całym klubie w futerałach od gitar na kółkach!

~ Beatrycze Ratajczak „Kefir” (relacja + zdjęcia)

NO COMMENTS

Leave a Reply