beatrycze

Koncerty Combichrist zbliżają się wielkimi krokami. Jest to nie lada wydarzenie, z racji, iż panowie u nas niestety za często nie goszczą. Dla tych osób, które ostatnio nie miały okazji się pojawiać – nic straconego! Jeżeli ktoś już jednak miał przyjemność zobaczyć Combichrist na żywo, to  wie, do czego zdolni są na scenie – nie sposób pozwolić, by któryś z ich nadchodzących koncertów przeszedł im koło nosa.

Tym razem P.W. Events serwuje nam aż dwa koncerty:

> Warszawa / 28.07.2018 / Proxima

> Wrocław  / 26.08.2018 / Zaklęte Rewiry

Na supporcie Wednesday 13 i Night Club – co będzie z pewnością doskonałą rozgrzewką. Lepszego dobrania zespołów nie potrafię sobie wyobrazić!

Bilety:
85 zł – https://pwevents.pl/bilety/combichrist-wednesday-13-night-club/607/131
90 zł – Biletomat, Eventim, eBilet, Ticketmaster, Rocky Shop
95 zł – w dniu koncertu

Wrocław > https://www.facebook.com/events/1708199009238664/

Warszawa > https://www.facebook.com/events/369535373523174/

Już za równo trzy tygodnie, czyli 1 sierpnia będziemy mieli okazję gościć w Poznaniu wyjątkowego gościa – zespół DRI, który umili nam wieczór w klubie U Bazyla wraz z kapelą Reactory.

Jest to jedyny taki thrash metalowy bal w Polsce, dlatego absolutnie nie można przegapić owego wydarzenia. Zabierajcie katany i widzimy się pod sceną już pierwszego dnia sierpnia!

Bilety:

75 zł – http://sklep.winiarybookings.pl/produkt/d-r-i/
80 zł – Eventim.pl (media markt, empik, saturn), Biletomat.pl – bilety online
85 zł  – w dniu koncertu

Ukłony dla Winiary Bookings za taką piękną sztukę w środku wakacji.

Link do wydarzenia > https://www.facebook.com/events/140072453343503/

 

Po blisko siedmiu latach zachwycania się Moonspell, w końcu dane było mi zobaczyć ich na żywo! Moja każda poprzednia próba kończyła się fiaskiem, autentycznie za każdym razem miałam wrażenie, że wszystko dzieje się tak, by moja noga nigdy nie stanęła w klubie, gdzie grają koncert.

Po nagraniu Alpha Noir trochę się na Nich obraziłam, gdyż uważam tę płytę za kompletne pomylenie nie licząc New tears eve , ale po usłyszeniu Extinct, zespół wrócił do łask na mojej playliście. Ba, zakochałam się od pierwszego przesłuchania w owej enigmatycznej i niesamowicie klimatycznej płycie i prawie z dnia na dzień podjęłam decyzję o wybraniu się do Wrocławia. Gig odbył się 29 października 2015 w Alibi, datowo wręcz idealnie wpasował się w halloweenowy klimat, który rozprzestrzeniał się na wrocławskich ulicach.

Klub był wypełniony po brzegi osobami w szerokim przedziale wiekowym , a merch aż uginał się pod ciężarem najróżniejszych koszulek, miłym zaskoczeniem była ich niewygórowana cena oraz profesjonalna obsługa.

Koncert Moonspell rozpoczął się od krótkiego intro, po którym muzycy bez zbędnych ceregieli zagrali Breathe z najnowszego krążka. Ów numer idealnie wpasował się na początek obszernej setlisty i okazał się być doskonałym wyborem. Szkoda tylko, że usłyszenie go nie zrobiło na mnie tak ogromnego wrażenia, jak za pierwszym razem, gdy zapoznawałam się z ich nową płytą.

Najbardziej do gustu przypadło mi wykonanie wręcz magicznego Opium, doskonałego Awake, genialnej Nocturny oraz znakomitego Night Eternal. Bardzo brakowało większej ilości utworów z debiutu, z którego dane było nam usłyszeć tylko dwa utwory, ale za to na otarcie łez muzycy zaserwowali nam Mephisto, Extinct, Last of us, Medusalem oraz Malignia.

Ostatnim utworem, jaki zagrali przed bisem był legendarny Alma Mater, który jeszcze bardziej zagrzał publikę do walki o śmierć i życie pod sceną w kłębach gęstego dymu. Moonspell na sam koniec wybrał Everything invaded oraz The future is dark, a całkiem przyzwoity koncert zamknął fenomenalny numer, jakim jest Full Moon Madness!

Rozczarowanie wzbudziło we mnie przede wszystkim kiepskie nagłośnienie. Bas, który w tym przypadku powinien być tłem i wisienką na torcie, okazał się być bardziej słyszalny od reszty instrumentów. Wokal był z kolei stanowczo zbyt cichy, równie dobrze Fernando mógłby śpiewać bez mikrofonu.

Każdy kto zna choć trochę twórczość Moonspell wie, że elementy instrumentalne oraz klawisze pełnią najważniejszą funkcję w muzyce zespołu. Tylko co z tego, skoro prawie nie było słychać tych wszystkich instrumentalnych smaczków, które nadają utworom niesamowicie enigmatycznego klimatu.

Zespół miał całkiem niezły kontakt z publiką, aczkolwiek było widać, że nie czerpią jakieś ogromnej przyjemności ze swojego występu. Na tak małej scenie, przed którą nie było nawet fosy dla fotografów ani barierek, mieli z pewnością znacznie mniejsze pole manewru, niż na festiwalach open air.

Muzycy są przesympatyczni, otwarci i kontaktowi, chętnie rozdawali autografy i przybijali piątki z fanami. Podobało mi się, że nie traktowali nikogo z wyższością i zachowywali się jak normalni ludzie – co jest coraz rzadszym zjawiskiem, jeżeli chodzi o znane zespoły metalowe.

Setlista licząca aż szesnaście utworów mogła rozczarować, szczególnie starych wyjadaczy i zwolenników dawniejszej twórczości Portugalczyków. Chociaż w zasadzie mnie nie powinna, gdyż otrzymałam ją w formie papierowej wraz z podpisami całego zespołu od Airesa Pereira (bas), tak jak sygnowaną pałeczkę od perkusji.

Odczuwam pewien niedosyt i spodziewałam się po Moonspell o niebo lepszego show na znacznie wyższym poziomie. Być może po prostu nie byli w formie i nie mieli idealnych warunków do pokazania swoich możliwości. Nie skradli mojego serca, ale na szczęście nie złamali go także na pół z rozczarowania.

~ Beatrycze Ratajczak „Kefir” (relacja + zdjęcia)

Panowie z Deadpoint odwalili kawał dobrej roboty i szykują naprawdę mocną i profesjonalną płytę!

Świetnie zapowiadający się krążek The art of deception ujrzy światło dzienne już w lipcu 2015, pozostaje jeszcze trochę poczekać i koniecznie zapoznać się z poniższym video, gdzie można usłyszeć fragmenty wszystkich utworów.

Video + foto – Rafał Wasilewski

Dosłownie przed chwilą Slayer wypuścił nowy numer wraz z video klipem, który ma być przedsmakiem najnowszej płyty Repentless.  Premiera odbędzie się 11 września 2015.  Zapowiada się obiecująco!

Tracklista najnowszego krążka:

01. Delusions Of Saviour
02. Repentless
03. Take Control
04. Vices
05. Cast The First Stone
06. When The Stillness Comes
07. Chasing Death
08. Implode
09. Piano Wire
10. Atrocity Vendor
11. You Against You
12. Pride In Prejudice

Po rocznej przerwie  wraca do nas fenomenalny Machine Head i to z nowym materiałem! Na trasie promującej ostatni krążek Bloodstone & Diamonds nie mogło zabraknąć Polski, w której zaplanowane są aż trzy koncerty:

13 września – Gdańsk (B90)

14 września 2015 – Warszawa (Progresja)

15 września 2015 – Kraków (Fabryka)

Bilety w cenie 120 zł, czyli drożej, niż ostatnio, ale z pewnością show jakie dają jest warte tych pieniędzy.

11217819_10152963733898823_8613947193201088874_n

Fot. Antonio Marino

Idąc na heavy metalowy gig spodziewałam się dobrej muzyki, zimnego piwa wypitego w gronie znajomych i przyjemnej atmosfery. A później spotkałam w klubie dwóch kolesi dzierżących w dłoniach łopaty i kilofy. I już wtedy wiedziałam, że to nie będzie zwykły koncert!

Niesamowicie ucieszyłam się na wieść o tym, że Elm Street po dwóch latach wraca do Polski.  Spośród pięciu miast do wyboru zdecydowałam się iść na gig do Poznania, który odbył się 7 czerwca 2015 w legendarnym klubie „U Bazyla”.

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy był bilet. Zawsze żałowałam, że jako fotograf nie mam takiej pamiątki, ale tym razem nawet się z tego ucieszyłam. Na małym czarnym kartoniku nie było nawet napisane kto gra. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że wygląda to jak koncert zespołu „Ticket” pod patronatem Heart Rock Agency.

Jako pierwsi na scenie pojawili się przemili chłopacy z fenomenalnego Deathinition z Bydgoszczy, którzy jak zawsze świetnie zagrali i pokazali, na co ich stać.  Drugim supportem był  łódzki zespół Hybris, który tworzy trójka bardzo sympatycznych gitarzystów oraz perkusista. Ot, dwa kameralne koncerty, które miały być rozgrzewką przed występem Elm Street.

Po dwugodzinnym obiedzie, sesji fotograficznej i wywiadzie, Australijczycy w końcu się pojawili! Światła zgasły, wrzawa ucichła, a po chwili ciszę przerwał energiczny riff na białym Jacksonie.  Zaczęło się prawdziwe show!

Trzeba przyznać, że Elm Street ma naprawdę dobre brzmienie zarówno studyjnie, jak i na żywo. A kto by pomyślał, przecie to zespół, który ma na koncie zaledwie dwie płytki. Ale za to jakie! Barbed wire metal oraz epka Heart Racer w wersji koncertowej to naprawdę potężny heavy metalowy ładunek wybuchowy. Myślę, że nikogo nie zawiedli swoją grą, która była na naprawdę wysokim poziomie i jestem przekonana, że to jeden z najlepiej zapowiadających się nowych zespołów, które mają szansę znaleźć się na szczycie metalowych list przebojów i okładkach zagranicznych pism muzycznych.

Negatywnie zaskoczyła mnie frekwencja. Wszystkich muzyków wraz z resztą pracowników było w sumie więcej, niż ludzi, którzy przyszli na ten gig. Jak zwykle deklarowali się prawie wszyscy, a wyszło, jak zawsze. I nikogo nie usprawiedliwia fakt, że wydarzenie było w niedzielę.

Chłopacy z Elm Street nie przejmowali się, czy grają dla dwudziestu osób, czy dla pół tysiąca. Gołym okiem było widać, że robią to z miłości do tej muzyki i że świetnie się przy tym bawią. Po nich naprawdę można było się spodziewać dosłownie wszystkiego, wcale nie zdziwiłam się, jak Ben w połowie koncertu rzucił z impetem gitarę na ziemię i po chwili znalazł się pośród fanów w moshu. Nic nie było zaplanowane, szatampowe, ani szablonowe. Czysty spontan i impreza rodem z The Art of Partying. Uśmiech nie schodził z twarzy muzyków nawet na moment, dzięki czemu pozytywna energia udzielała się praktycznie każdemu. Szkoda tylko, że grali tak krótko! Nie zdążyłam się obejrzeć, a już było po koncercie.

Muszę przyznać, że nie znam drugiego tak pozytywnego zespołu, jak Elm Street, który ma tak fenomenalne podejścia do publiki. Mają rozbrajające poczucie humoru i co rusz czymś mnie pozytywnie zaskakiwali, albo rozbawiali do łez. Rozmowę z nimi stale przerywały salwy śmiechu, których nikt z nas nie był w stanie opanować.

Przypomnieli mi o czymś, czego zawsze brakowało mi w muzykach z dwudziestoletnim stażem, którzy nie na wszystko mogli sobie pozwolić. Bo niby nie wypada. Bo już mają swoje lata. Bo gramy metal, musimy być poważni.

A Elm Street? Po koncercie postanowili jeździć po całym klubie w futerałach od gitar na kółkach!

~ Beatrycze Ratajczak „Kefir” (relacja + zdjęcia)

Osobom, którym nie będzie dane pojawienie się na Brutal Assault, polecam wybranie się na  Combichrist, który ponownie  zawita w Polsce! Koncert odbędzie się 5 sierpnia 2015 w warszawskiej Progresji.

Jeżeli ktoś jednak wybiera się do Czech, to nic straconego. Zespół odwiedza nas praktycznie co roku, także nie ma co się martwić.

A jeśli ktoś jeszcze nie zapoznał się z ich twórczością, to czas to zmienić! Nikt tak fenomenalnie nie łączy brutalności muzyki metalowej z elektroniką, jak oni. Warto także rzucić okiem na video klipy, w Throat full of glass znajdziecie przepiękne panie z Suicide Girls (wersja bez cenzury jest znacznie smaczniejsza), a Maggots at the party jest przesiąknięte klimatem z przegenialnego serialu Sons of anarchy.

10014707_10152782813697003_6301290490144850643_n

Koncert Rotting Christ nie był dobry. Ten gig z wrażenia wyjebał mnie z butów i wciąż przechodzą mnie dreszcze po obolałym ciele na myśl o 30 maja 2015 r. Był to najpiękniejszy prezent imieninowy, jaki mogłam sobie wymarzyć i bez wahania mogę powiedzieć, że to najlepsze wydarzenie tego roku.

Nie uwierzę, że z z owego gigu ktokolwiek mógł wyjść niezadowolony, albo z uczuciem niedosytu. Jestem w pełni przekonana, iż wszyscy dali się ponieść niesamowitej energii przywiezionej aż z Grecji. Muzycy dzięki swojej charyzmie i doskonałemu kontaktowi z publiką mogliby grać nawet disco polo, a ludzie i tak świetnie by się bawili. Kto nie pokusił się o kupno biletu, może tylko pluć sobie w brodę i czekać na następną wizytę Greków. Obecność obowiązkowa!

Supporty całkiem nieźle rozgrzały publikę do dalszej zabawy, która w tym przypadku oznaczała rzucanie  ludźmi o ściany klubu w rytm krwistego black metalu. Varathron wprowadził niepowtarzalnie eteryczną atmosferę, która wypełniła Blue Note po same brzegi, od sceny aż po drzwi wyjściowe. Jak to określił jeden z fanów – to nie był koncert, to był rytuał.

Występ Rotting Christ otworzyło wirtuozowskie intro z Χ Ξ Σ. Wykonanie tego utworu zrobiło na mnie ogromne wrażenie, to było coś totalnie niesamowitego i magicznego. Już wtedy spodziewałam się genialnego show i się nie przeliczyłam!

Setlista była przepełniona przede wszystkim pozycjami z iście fenomenalnej i bliskiej memu sercu płycie Kata Ton Daimona Eaytoy. Każdy utwór został bezbłędnie zagrany: P’unchaw kachun – Tuta kachun, Grandis Spiritus Diavolos, In Yumen-Xibalba oraz tytułowy Kata Ton Daimona Eaytoy. Oczywiście fani starszej twórczości również nie mieli na co narzekać, gdyż można było także usłyszeć następujące numery: Noctis Era, Chaos Geneto, Societas Satanas, Nemecic, King of a Stellar War, The Sign of Evil Existence, Transform All Suffering Into Plagues oraz Athanati Este. Pokazali klasę i z pewnością wycisnęli z siebie ostatnie krople potu. Grali do upadłego i nie dali się długo prosić o bis. Ostatnim utworem, który wykrzyczała większość publiki ze mną na czele był Non Serviam.

Panowie z Rotting Christ prywatnie są przesympatycznymi i otwartymi ludźmi. Z wielką chęcią i uśmiechem na twarzy wyszli po koncercie do swoich fanów, aby rozdać autografy i pogadać. Wybitnie spodobało mi się to, że nikogo nie traktowali z wyższością, co niestety często robią muzycy wysokiej rangi. Chętnie słuchali subiektywnych opinii i dziękowali ludziom za przybycie, a mi również za zdjęcia, które na szczęście bardzo się spodobały.

Mieli prześwietne wyczucie smaku ani się nie upili w sztok, ani nie gwiazdorzyli, jak muzycy z Morbid Angel, nie kazali na siebie czekać czterech godzin, jak jaśnie pan Phil Anselmo (co było dla mnie niczym w porównaniu do czekania 9 lat na Jego koncert), ale wiedzieli, kto tu rządzi i kto swoją grą zmiótł scenę na drobny pył.

Dobry kawał roboty odwalili z pewnością również wszyscy pracownicy: techniczni, ochroniarze, barmani i przede wszystkim solidny i konkretny organizator – Left Hand Sounds, który dopiął wszystko na ostatni guzik i pokazał, że to właśnie do Poznania może zjechać się kilkaset osób na koncert, nie odwrotnie. Fani także dali z siebie wszystko i jestem pewna, że było nas słychać nawet na Starym Rynku.

W Gdyni oraz w Warszawie także się działo, szkoda tylko, że w stolicy został wyprzedany calutki merch, przez co niestety poznaniacy płaczą do dziś. Jestem przekonana, że wszystkie trzy miasta udowodniły, że żaden inny kraj nie potrafi tak wspaniale przyjąć zespołu metalowego, jak Polska.

A co robi Rotting Christ po godzinach? Je kebaby z majonezem do muzyki Feela. I wiecie, co jest w tym najlepsze? Że to prawda.

~ Beatrycze Ratajczak „Kefir” (relacja + zdjęcia)

RECENZJE

Ratrace to nazwa, która zapewne obiła się o uszy niejednemu zwolennikowi rodzimego hardcore/punka. Kapela wydaje się być dość aktywna koncertowo, a i wydawniczo od...
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial