hardcore

Piranha Booking & Promotion oraz klub Dwa Światy zapraszają na koncert legendy nowojorskiej sceny hardcore – Sworn Enemy.
Zespół odwiedzi nasz kraj na dwa koncerty promując swoje nowe wydawnictwo pt. Living On Borrowed Time.
Sworn Enemy
(hardcore/metal – New York/USA)

Zespół Sworn Enemy pochodzący z Nowego Jorku występował już w naszym kraju kilkukrotnie za każdym razem dając fanom niezapomniane show. Ich muzyka łączy intensywność metalu z brzmieniem i brutalnością muzyki hardcore. W listopadzie kapela ponownie przyjeżdża do Polski aby promować nowy album pt. Living On Borrowed Time, który w ostatnich tygodniach wylądował na 2 popularnych listach Billboard w tym na miejscu #8 The Heatseekers Chart oraz #20 na liście the Hard Music Chart. Zespół zagra w naszym kraju tylko dwa koncerty, więc tym bardziej pozycja obowiązkowa dla każdego fana ciężkich, gitarowych brzmień!

Good Old Days
(hardcore – Toruń)

Zespół powstał w roku 1998 w Toruniu, powołany do życia przez Zwierzaka, Bobasa i Drożdża. Po wydaniu kilku dem i splita, w 2006 światło dzienne ujrzał pierwszy LP zespołu pt. Knock It Off. Wydawcą został nowy D.I.Y. label – Spook Records (Knock It Off to pierwsza pozycja wydana przez SR), rok później GOD wydają EP’kę Go On. Po krótkiej przerwie i roszadach w składzie „polskie Sick Of It All” wraca na scenę!

Old Fashioned
(hardcore – Bydgoszcz)

Ekipa złożona z weteranów bydgoskiej sceny hardcore/punk występujących wcześniej w m.in. takich składach jak kultowa Schizma, In Spite Of czy 666 Aniołów!

5 LISTOPADA (ŚRODA)
GODZ. 20:00
BILETY:
25 pln – przedsprzedaż
30 pln – w dniu koncertu

 

LIE AFTER LIE – Unsaid (2014)

Na pierwsze pełnowymiarowe wydawnictwo ekipy z Wrocławia hype tylko narastał, od czasu kiedy tylko je ogłosili. Kiedy dodali, że zmiksuje je gitarzysta Defeatera, Jay Maas, bańka powiększała się.

Aż w końcu pękła. Oto jest – Unsaid. Zawód? Skądże. Niedosyt? Owszem. Mogło być wiele lepiej.

Unsaid zawiera 9 numerów, z czego tylko dwa mają poniżej trzech minut. I choć w szeroko pojętym hc punku numery są często bardzo zwięzłe, to tutaj, mimo ich długości nie można znaleźć błędów kompozycyjnych. Widać zamysł i koncepty, wszystko jest przemyślane, zagrane i nagrane z największą precyzją…

…i niestety w wielu momentach te LP napawa wrażeniem, że precyzja zabiła emocjonalność towarzyszącą poprzednim materiałom (choćby niesamowite The Place You Call Home). Unsaid jest po prostu świetnym muzycznie wydawnictwem – czegoś tutaj jednak brakuje. Na tle całego długograja wyróżniają się 3 numery – Do Zobaczenia z Pawłem z Regresu, Be A Good Man, w którym pobrzmiewają echa nowoczesnego melodyjnego hardcore ale i kapel spod znaku Sed Non Satiata z późniejszego okresu ich twórczości, i fenomenalne, wieńczące płytę The Room. Gdyby ta cała płyta zmieniła się w EP z 5 numerami w rodzaju The Room, wzbudzałaby miłość i westchnienia młodych amantów. Tak pozostaje się tylko odwrócić na ulicy i spojrzeć na niezły tyłek.

Wielki plus dla Lie After Lie wędruje za przemycanie polskich tekstów w 3 utworach. Niestety nie idzie obejść się bez przemykającej myśli, że te polskie teksty są śpiewane nieco… po angielsku? Łamana rytmika polskich słów wpasowana w tę muzykę nie do końca się sprawdza i wychodzi z tego bardziej krzyczana melorecytacja.

Zbierając wszystko do kupy: dostajemy naprawdę solidny materiał spod znaku melodyjnego hardcore. Przemycane wątki screamo (Rozmowa Ze Światem) dodają tej płycie swego rodzaju uroku, zdradzają inspiracje i pokazują, że można grać melodyjnie bez kserowania More Than Life. Jednakże pozostaje niedosyt. Udowodnili już, że stać ich na więcej. W przypadku Unsaid w naszych uszach ląduje dobrej jakości nowoczesna muzyka. A były ambicje na dreamlinera.

Takiego ciosu się nie spodziewałem. Po prostu nie mogłem się spodziewać.

Ewolucję tego zespołu można obserwować z przyjemnością. Split z Full of Hell, na którym swoich kolegów przebili ciężarem. Pierwsze LP. 4-way split, na którym ostatecznie krystalizowało się brzmienie kapeli. I wreszcie, Code Orange przestali już być dziećmi, to i wyrzucili „Kids” ze swojej nazwy. To najbardziej dojrzałe nagranie w ich dorobku. Słuchając I Am King idzie odnieść wrażenie, że każdy, nawet najdrobniejszy dźwięk, jest na tej płycie w 100% przemyślany. Nie ma tu miejsca na żadne zapychacze.

Po wydaniu pierwszego singla, czyli numeru tytułowego, tablica na Facebooku została nim wręcz zalana. Głosy zachwytu nadciągały z każdej możliwej strony, z każdego portalu, bloga czy od indywidualnych słuchaczy. Do swojej dawki szlamu ekipa z Pennsylvanii dorzuciła bardzo dużo metalu zakrawającego o noise. Oni już po poprzedniej LP nie musieli nikomu nic udowadniać. Osiągnęli ten poziom, gdy mogą wszystko – to było też jednym z powodów wyrzucenia Kids z nazwy. Nothing to prove.

Stąd też mamy wiele takich smaczków, jak nu-metalowe jazdy w I Am King czy Slowburn, metalowo-sludge’owy Starve czy Mercy i masa dysonansów, które na nowym LP Code Orange robią wręcz za przerywniki. Ciężko nie porównać ich do bardziej noise’owych dokonań Converge czy Eyehategod. Sprzężenia w połączeniu z ciężkimi riffami to przecież kwintesencja ostrego wpierdolu. I choć gdzieniegdzie przebijają się d-beatowe wstawki na perkusji, to do nagrania jednego z najcięższych materiałów w dorobku Deathwish Records Code Orange wcale nie potrzebowali szybkich temp.

I Am King to kwintesencja tego, co najlepsze w Deathwish. Kurt Ballou producentem, Harm’s Way, Narrows czy Converge jako ich hałaśliwe inspiracje. I od czasu Is Survived By (Touche Amore), ta wytwórnia nie wypuściła tak dobrego LP jak nowe wydawnictwo Code Orange. Aż się boję, jaka będzie ich trzecia płyta. Takiego ciężaru nasze uszy mogą już nie przeżyć.

Człowiek czasem myśli że taki czy inny rodzaj muzy już go nie zaskoczy. Że słyszał tyle breakdownow i gang wokali że przy kolejnym puści pawia. Jak zapewne się domyślacie mam na myśli taki wydawać by się mogło ‘newbie hardcore’, coś od czego prawie każdy entuzjasta core’a zaczyna a na czym tylko niektórzy kończą. Obecnie nie słucham takiego grania prawie w ogóle bo z zasady jest tak że zwyczajnie mnie to nie rusza. Jak to jednak jest z zasadami i do tej znajdą się wyjątki. Jednym z nich jest niemiecki Wolf Down.

Dwie epiny tej bandy długo gościły na moim odtwarzaczu i nie inaczej będzie z ich debiutanckim lp. Zespół wyrobił sobie charakterystyczne brzmienie które bardzo mi pasuje, riffy są ostre jak żyletki,  perka chodzi właśnie tak głośno jak trzeba a wokale wymiatają. Wszystko podane bardzo selektywnie i w stylu znanym z epek. Mimo że struktura utworów raczej nie zaskakuje to w stylu jaki prezentuje WD jest to po prostu klasa. Mamy tu trochę breaków, kilka gang voxów, od czasu do czasu znajdzie się i solóweczka, czasem wokalistkę wspomoże męski głos. O klasie zespołu nie świadczy jednak to jakie elementy możemy znaleźć w ich piosenkach ale ich precyzyjne wyważenie. Breaków nienawidzę bo zazwyczaj bandy, które je uwielbiają na siłę wrzucają je gdzie się tylko da. Tutaj breaki są dokładnie w takich momentach w jakich są potrzebne. Wokalista wspomagający jest dużo słabszy niż prowadząca ale pojawia się tylko kilkakrotnie przez cała płytę, dlatego stanowi miłą odmianę i dobrze słucha się jego zwrotek. Wszystko bardzo dobrze ze sobą współgra.

Tym co najbardziej mi się podoba na ‘SFTP’ jest zdecydowanie wokal. Od pierwszego usłyszenia wiedziałem że będzie to jeden z moich ulubionych kobiecych głosów (razem z między innymi Punch’em, czy też naszym The Fight). Panna ma taką moc że to wręcz niepojęte, potrafi bawić się tempem, czasem zabrzmieć nieco bardziej lajtowo a jednak ciągle z brudem i powerem. Jestem totalnie pod wrażeniem. Inną sprawą, która bardzo mi się podoba jest mocno polityczne nastawienie zespołu. Tłumaczyć chyba nie muszę, wystarczy że wejdziecie na ich facebooka i wszystko będzie jasne. Płytę zamyka fragment ‘Bella ciao’ – słynnej pieśni włoskich antyfaszystów i uważam że to świetny wybór na uwieńczenie lp.

Gorąco polecam ‘SFTP’ szczególnie fanom hardcore’a ale też wszystkim fanom dobrej energetycznej muzy w ogóle. Naprawdę warto sprawdzić bo ładunek energii zawarty na tej płycie jest ogromny.

RECENZJE

Ratrace to nazwa, ktA?ra zapewne obiAi??a siAi?? o uszy niejednemu zwolennikowi rodzimego hardcore/punka. Kapela wydaje siAi?? byAi?? doAi??Ai?? aktywna koncertowo, a i wydawniczo od...
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial