ratajczak

Po blisko siedmiu latach zachwycania się Moonspell, w końcu dane było mi zobaczyć ich na żywo! Moja każda poprzednia próba kończyła się fiaskiem, autentycznie za każdym razem miałam wrażenie, że wszystko dzieje się tak, by moja noga nigdy nie stanęła w klubie, gdzie grają koncert.

Po nagraniu Alpha Noir trochę się na Nich obraziłam, gdyż uważam tę płytę za kompletne pomylenie nie licząc New tears eve , ale po usłyszeniu Extinct, zespół wrócił do łask na mojej playliście. Ba, zakochałam się od pierwszego przesłuchania w owej enigmatycznej i niesamowicie klimatycznej płycie i prawie z dnia na dzień podjęłam decyzję o wybraniu się do Wrocławia. Gig odbył się 29 października 2015 w Alibi, datowo wręcz idealnie wpasował się w halloweenowy klimat, który rozprzestrzeniał się na wrocławskich ulicach.

Klub był wypełniony po brzegi osobami w szerokim przedziale wiekowym , a merch aż uginał się pod ciężarem najróżniejszych koszulek, miłym zaskoczeniem była ich niewygórowana cena oraz profesjonalna obsługa.

Koncert Moonspell rozpoczął się od krótkiego intro, po którym muzycy bez zbędnych ceregieli zagrali Breathe z najnowszego krążka. Ów numer idealnie wpasował się na początek obszernej setlisty i okazał się być doskonałym wyborem. Szkoda tylko, że usłyszenie go nie zrobiło na mnie tak ogromnego wrażenia, jak za pierwszym razem, gdy zapoznawałam się z ich nową płytą.

Najbardziej do gustu przypadło mi wykonanie wręcz magicznego Opium, doskonałego Awake, genialnej Nocturny oraz znakomitego Night Eternal. Bardzo brakowało większej ilości utworów z debiutu, z którego dane było nam usłyszeć tylko dwa utwory, ale za to na otarcie łez muzycy zaserwowali nam Mephisto, Extinct, Last of us, Medusalem oraz Malignia.

Ostatnim utworem, jaki zagrali przed bisem był legendarny Alma Mater, który jeszcze bardziej zagrzał publikę do walki o śmierć i życie pod sceną w kłębach gęstego dymu. Moonspell na sam koniec wybrał Everything invaded oraz The future is dark, a całkiem przyzwoity koncert zamknął fenomenalny numer, jakim jest Full Moon Madness!

Rozczarowanie wzbudziło we mnie przede wszystkim kiepskie nagłośnienie. Bas, który w tym przypadku powinien być tłem i wisienką na torcie, okazał się być bardziej słyszalny od reszty instrumentów. Wokal był z kolei stanowczo zbyt cichy, równie dobrze Fernando mógłby śpiewać bez mikrofonu.

Każdy kto zna choć trochę twórczość Moonspell wie, że elementy instrumentalne oraz klawisze pełnią najważniejszą funkcję w muzyce zespołu. Tylko co z tego, skoro prawie nie było słychać tych wszystkich instrumentalnych smaczków, które nadają utworom niesamowicie enigmatycznego klimatu.

Zespół miał całkiem niezły kontakt z publiką, aczkolwiek było widać, że nie czerpią jakieś ogromnej przyjemności ze swojego występu. Na tak małej scenie, przed którą nie było nawet fosy dla fotografów ani barierek, mieli z pewnością znacznie mniejsze pole manewru, niż na festiwalach open air.

Muzycy są przesympatyczni, otwarci i kontaktowi, chętnie rozdawali autografy i przybijali piątki z fanami. Podobało mi się, że nie traktowali nikogo z wyższością i zachowywali się jak normalni ludzie – co jest coraz rzadszym zjawiskiem, jeżeli chodzi o znane zespoły metalowe.

Setlista licząca aż szesnaście utworów mogła rozczarować, szczególnie starych wyjadaczy i zwolenników dawniejszej twórczości Portugalczyków. Chociaż w zasadzie mnie nie powinna, gdyż otrzymałam ją w formie papierowej wraz z podpisami całego zespołu od Airesa Pereira (bas), tak jak sygnowaną pałeczkę od perkusji.

Odczuwam pewien niedosyt i spodziewałam się po Moonspell o niebo lepszego show na znacznie wyższym poziomie. Być może po prostu nie byli w formie i nie mieli idealnych warunków do pokazania swoich możliwości. Nie skradli mojego serca, ale na szczęście nie złamali go także na pół z rozczarowania.

~ Beatrycze Ratajczak „Kefir” (relacja + zdjęcia)

Panowie z Deadpoint odwalili kawał dobrej roboty i szykują naprawdę mocną i profesjonalną płytę!

Świetnie zapowiadający się krążek The art of deception ujrzy światło dzienne już w lipcu 2015, pozostaje jeszcze trochę poczekać i koniecznie zapoznać się z poniższym video, gdzie można usłyszeć fragmenty wszystkich utworów.

Video + foto – Rafał Wasilewski

Idąc na heavy metalowy gig spodziewałam się dobrej muzyki, zimnego piwa wypitego w gronie znajomych i przyjemnej atmosfery. A później spotkałam w klubie dwóch kolesi dzierżących w dłoniach łopaty i kilofy. I już wtedy wiedziałam, że to nie będzie zwykły koncert!

Niesamowicie ucieszyłam się na wieść o tym, że Elm Street po dwóch latach wraca do Polski.  Spośród pięciu miast do wyboru zdecydowałam się iść na gig do Poznania, który odbył się 7 czerwca 2015 w legendarnym klubie „U Bazyla”.

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy był bilet. Zawsze żałowałam, że jako fotograf nie mam takiej pamiątki, ale tym razem nawet się z tego ucieszyłam. Na małym czarnym kartoniku nie było nawet napisane kto gra. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że wygląda to jak koncert zespołu „Ticket” pod patronatem Heart Rock Agency.

Jako pierwsi na scenie pojawili się przemili chłopacy z fenomenalnego Deathinition z Bydgoszczy, którzy jak zawsze świetnie zagrali i pokazali, na co ich stać.  Drugim supportem był  łódzki zespół Hybris, który tworzy trójka bardzo sympatycznych gitarzystów oraz perkusista. Ot, dwa kameralne koncerty, które miały być rozgrzewką przed występem Elm Street.

Po dwugodzinnym obiedzie, sesji fotograficznej i wywiadzie, Australijczycy w końcu się pojawili! Światła zgasły, wrzawa ucichła, a po chwili ciszę przerwał energiczny riff na białym Jacksonie.  Zaczęło się prawdziwe show!

Trzeba przyznać, że Elm Street ma naprawdę dobre brzmienie zarówno studyjnie, jak i na żywo. A kto by pomyślał, przecie to zespół, który ma na koncie zaledwie dwie płytki. Ale za to jakie! Barbed wire metal oraz epka Heart Racer w wersji koncertowej to naprawdę potężny heavy metalowy ładunek wybuchowy. Myślę, że nikogo nie zawiedli swoją grą, która była na naprawdę wysokim poziomie i jestem przekonana, że to jeden z najlepiej zapowiadających się nowych zespołów, które mają szansę znaleźć się na szczycie metalowych list przebojów i okładkach zagranicznych pism muzycznych.

Negatywnie zaskoczyła mnie frekwencja. Wszystkich muzyków wraz z resztą pracowników było w sumie więcej, niż ludzi, którzy przyszli na ten gig. Jak zwykle deklarowali się prawie wszyscy, a wyszło, jak zawsze. I nikogo nie usprawiedliwia fakt, że wydarzenie było w niedzielę.

Chłopacy z Elm Street nie przejmowali się, czy grają dla dwudziestu osób, czy dla pół tysiąca. Gołym okiem było widać, że robią to z miłości do tej muzyki i że świetnie się przy tym bawią. Po nich naprawdę można było się spodziewać dosłownie wszystkiego, wcale nie zdziwiłam się, jak Ben w połowie koncertu rzucił z impetem gitarę na ziemię i po chwili znalazł się pośród fanów w moshu. Nic nie było zaplanowane, szatampowe, ani szablonowe. Czysty spontan i impreza rodem z The Art of Partying. Uśmiech nie schodził z twarzy muzyków nawet na moment, dzięki czemu pozytywna energia udzielała się praktycznie każdemu. Szkoda tylko, że grali tak krótko! Nie zdążyłam się obejrzeć, a już było po koncercie.

Muszę przyznać, że nie znam drugiego tak pozytywnego zespołu, jak Elm Street, który ma tak fenomenalne podejścia do publiki. Mają rozbrajające poczucie humoru i co rusz czymś mnie pozytywnie zaskakiwali, albo rozbawiali do łez. Rozmowę z nimi stale przerywały salwy śmiechu, których nikt z nas nie był w stanie opanować.

Przypomnieli mi o czymś, czego zawsze brakowało mi w muzykach z dwudziestoletnim stażem, którzy nie na wszystko mogli sobie pozwolić. Bo niby nie wypada. Bo już mają swoje lata. Bo gramy metal, musimy być poważni.

A Elm Street? Po koncercie postanowili jeździć po całym klubie w futerałach od gitar na kółkach!

~ Beatrycze Ratajczak „Kefir” (relacja + zdjęcia)

RECENZJE

Ratrace to nazwa, ktA?ra zapewne obiAi??a siAi?? o uszy niejednemu zwolennikowi rodzimego hardcore/punka. Kapela wydaje siAi?? byAi?? doAi??Ai?? aktywna koncertowo, a i wydawniczo od...
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial