Menu

Kategorie

Wszystko Newsy Wywiady Recenzje Relacje

Informacje

Polityka prywatności

Idzie nowe

Loudnow zmienia się na dobre. Ewolujemy w kierunku newsfeed'u skupiającego najwazniejsze źródła.
Czytaj więcej

Powered by loudnow.agency

Mastodon, Russian Circles – 11.11.2017 @Warszawa, Progresja

Beatrycze
Autor Kwiecio
3 lata temu

Tym razem zrobię to najbardziej treściwie jak potrafię, bo o Mastodon już sporo powiedziałem przy okazji ordynarnie rozległej relacji z Brutal Assault 2016. Mimo tego, że będę się streszczał, zapowiada się na obszerną relację, gdyż wydarzenie muzyczne takiej rangi musiało odcisnąć na mnie swe piętno, z pewnością dożywotnie. Na marginesie, dnia 11.11.2017 jak co roku, obchodziłem swoje imieniny, więc na prezent z tej okazji po prostu nie mógłbym dla siebie wymarzyć czegoś piękniejszego. Zatem do rzeczy…

Z zielonego Podkarpacia wyruszyłem bezpośrednio z mojej macierzy, urokliwego „Miasta Szkła”, Krosna, więc jechałem pół dnia niezbyt komfortowym autobusem – opcja była najmniejszym złem na jakie mogłem się zdecydować – więc dotarłem dość zmielony podróżą. Warszawa. Uważam, że dzień niepodległości to jedna z gorszych okazji do przyjazdu do stolicy, ale koncert Mastodon jest zdecydowanie najlepszą z możliwych, więc bilans ogólny był dodatni. Dworzec Centralny. Wszechobecny, pseudo-patriotyczny „merch” w postaci wszelkiego rodzaju flag i chorągiewek, no i oczywiście groteskowych, biało-czerwonych opasek na ramiona małostkowych obywateli, był dla mnie przykrym widokiem, w ten niewątpliwie wyjątkowy dzień. Nie czekałem w związku z tym na to żeby z centrum się uwolnić i po spożyciu pokarmu godnego misji jaka była przede mną (oczko w stronę wtajemniczonych), bocznymi uliczkami, piechotą, dotarłem do Progresji, kadrując po drodze aparatem, niecodzienne dla mnie widoki.

Postałem chwilę w kolejce i wszedłem do Progresji jakiej nie znałem. Ostatni koncert na jakim byłem w miejscu pod tą nazwą odbywał się w innej lokacji, co wyjaśniło moje zdziwienie kiedy szukałem klubu na mapie. Odniosłem wrażenie, że zmiana jest korzystna, trochę dużo chodzenia po schodach, ale generalnie więcej miejsca i rozwojowe posunięcie ze strony zarządu.

Na wejściu musiałem się rozluźnić i nastroić, więc zdecydowałem się rozpocząć mój pobyt w lokalu od sety wódy na lodzie, ze świeżym sokiem z cytryn i limonek, dla uspokojenia systemu nerwowego (Stranger Things) i rozproszenia się po całym wnętrzu klubu. Po tym jak wlałem w siebie alkohol, zupełnie jak on po moim organizmie, skutecznie rozlałem się w przestrzeni Progresji, zbadałem nieco dotąd nieznane wnętrze i byłem gotowy do muzycznej uczty. Mój stan umysłu pozwalał na niewielką manipulację upływem czasu, co sprawiło że pierwsze dźwięki z głośników miło mnie zaskoczyły, nie każąc na siebie czekać zbyt długo.

Muszę przyznać słusznie zawstydzony, że z zacną muzyką Russian Circles, na dobre zapoznałem się dopiero tego wybornego wieczoru. Nazwa była mi znana i już jej źródłosłów mi się bardzo podobał – polecam sprawdzić tym, którzy nie mają pojęcia („WTF are Russian Circles?”). Muzyczka wchodziła mi bardzo dobrze, przede wszystkim za sprawą zaskakująco skutecznego brzmienia, zwłaszcza jeśli mówimy o niższych częstotliwościach i trudnej do uzyskania przy tym selektywności. Co prawda obowiązek ogarnięcia jedynie trzech instrumentów, daje miejsce do popisu inżynierowi dźwięku, ale jednocześnie staje się przez to dużym wyzwaniem, któremu dźwiękowcowi udało się sprostać z dużym powodzeniem. Sama sala koncertowa jest łaskawsza dla mniejszego natężenia dźwięków, zwłaszcza że RC nie męczy zbyt dużym zgęstnieniem riffów, niemniej jednak wszystko to było bardzo słuchalne. Utwór pod tytułem „Youngblood” słusznie rozkochał mnie w sobie i nie mogłem się oprzeć narastającej wewnętrznie potrzebie poruszania się w rytm przenikających mnie swymi wibracjami kompozycji. Muzyka falowo napierająca ze sceny rezonowała w moim ciele do tego stopnia, że zacząłem się rozglądać za jakimś chociaż małym wirkiem pod sceną, ale tutaj spotkało mnie zaskoczenie i podążające za nim rozczarowanie wraz z lekkim zażenowaniem. Takie granie zdecydowanie zasługuje na ruch pod sceną, jednak tego nie było nigdzie widać, a moje próby raźniejszego poruszania się, były mocno ograniczone przez drętwych ludzi-statuy, jeszcze bardziej stanowczo utrzymujących swoje sztywne pozycje, kiedy próbowałem rozbujać sąsiadujące ze mną towarzystwo. Reakcje były zatrważająco deprymujące, więc poczekałem z tym na Mastodon, aż się wśród publiczności trochę łbów odkorkuje i zaczną się wreszcie kiwać. Widocznie to co w ubiegłych latach było esencją metalowych koncertów, gdzieś się zasnuwa mgłą przeszłości i to było jednak trochę przykre. Nic tak słabego nie mogło powstrzymać mnie od radosnego i stanowczego bujania czerepem do ostatnich chwil występu. Wszystko się zgadzało i podobnie jak gwiazda wieczoru, support mi coś udowodnił. Można, da się – wystarczy chcieć i robić to. Zespół bez jasno określonego front-mana, bez wokalisty, bez fajerwerków i efekciarstwa, bez durnej konferansjerki, broni się absolutnie już samą muzyką, do tego wykonaną z pasją, ekspresją i zaangażowaniem godnym gatunku. Ba! On się nie broni, on atakuje! Metal – jaki by nie był – jest muzycznym żywiołem i jeśli zespół tego żywiołu nie potrafi ujarzmić, wystąpić w roli mistycznego wręcz elementalisty, sprawnie nim władającego, to jak dla mnie może od razu $p!3rd@l4ć. Russian Circles w Progresji pokazał że potrafi.

Mastodon, Mastodon! MA-STO-DON! O tej bandzie można by pisać książki już nie od dziś, nie jestem pewien czy ktoś tego właśnie nie robi, a może nawet już coś zostało wydane, w każdym razie na naszych oczach, w ostatnich latach, zespół ten skrupulatnie i sukcesywnie przeistacza się w żywą legendę. Takie wrażenie można też odnieść kiedy na scenę wchodzi brygada z Atlanty witana owacją godną weteranów. Oprócz tego co udowodnił mi sobą Russian Circles (można, da się), Mastodon udowodnił, że jedyną prawdziwą i skuteczną recepturą na sukces jest NIE PRZESTAWAĆ. Przyglądam się temu zespołowi bardzo uważnie i często jego członkowie to podkreślają. Zaczynali jak każdy garażowy band, niektórzy z nich bezdomni, mieszkający w samochodach, piwnicach, grający w spelunach za 5 dych. Tylko wytrwałością i konsekwencją w działaniu można osiągnąć cel, prąc do przodu nieustannie…

Majestatyczne otwarcie występu utworem „The Last Baron” pozwala euforii napłynąć i wewnętrznie uszczypnąć się pytająco, „f*ck, czy ja śnię?”. Znowu widzę te urocze, w większości brodate mordy jednych z moich ulubionych artystów jacy żyją na tej planecie i mogę z nimi dzielić się radością płynącą z wzajemnego obcowania w akcie muzycznej ekstazy. Coś pięknego! Samo to – same wrażenia związane z klasą jaką reprezentuje ten kolektyw, to już wartości godne swojej symbolicznej ceny, a uczta dopiero się rozpoczyna. Riff z 8smej minuty kawałka powoduje że pół klubu rytmicznie pulsuje podskakującą masą fanów.

Następnie wejście w klimat pustynnego surrealizmu z ostatniej pełnej płyty. Emocje i odczucia otaczających mnie ludzi, jakby mnie przenikają, nasilają stan wewnętrznego rozedrgania endorfinami i hormonami szczęścia, którymi mózg niczym wulkan zalewał moje synapsy. Neurologiczna erupcja szczęścia. Na wysokości „Colony of Birchmen” dobrze zlaną i nagrzaną do czerwoności lawą był kotłujący się już w sobie na poziomie molekularnym tłum. Moje podszyte cynizmem pytanie powstałe pomiędzy występami tamtego wieczoru, brzmiące: „Are the metal shows still metal?”, w połowie koncertu Mastodon, zyskało już pozytywną odpowiedź.
„Ember City” – dla mnie głęboko osobisty kawał muzy, kolosalne znaczenie dla tego jak przechodziłem pewne ważne rzeczy w moim życiu (zawsze towarzyszy mi wtedy muzyka), dlatego tutaj duże wzruszenie, wdzięczność i ogromne zadowolenie z chłopaków, że dają z siebie tyle i można dzięki temu przerabiać życiowe wyzwania. Kudłaty mamut kolejnymi utworami galopował nieustraszenie, rozbijając zwapnione i skostniałe przez codzienność umysły fanów na atomy, konsekwentnie pobudzając psychosomatycznie wszystkich szczęściarzy, którzy mogli się znaleźć tego dnia w tym budynku.

„Oblivion” to było p13rd0l0n3 katharsis! Wszystkie oczy i uszy skierowane na czterech wybitnych, muzycznych herosów. Werbel wybija marszowy rytm. Riffy, jak rozpędzone piły tarczowe wjeżdżają pomiędzy półkule mózgowe świadków zdarzenia jak w ciepłe masło i dźwiękowy fraktal jakim jest ten utwór, rozwija swe gałęzie we wszystkich kierunkach wypełniając sobą całą przestrzeń. Sala śpiewa, ręce w górze, złote światło jarzy się ze sceny, blask olśniewa mokre, rumiane twarze ludzi, którzy są razem, a granice na co dzień ich dzielące, są wyparte z przestrzeni koncertu z mocą muzyki, jakby była eterycznym buldożerem. Spektakularne solo na wiośle Brent’a, naciągnięcie i naprężenie atmosfery do granic wytrzymałości, slide w górę najgrubszej struny w gicie Bill’a i krach, tąpnięcie finałowym refrenem. Oddech penetruje płuca jakby to zdarzenie inicjowało coś nowego. Doprawdy przemieniające przeżycie na duchowym wręcz poziomie. Jakiś rodzaj świętości niosło ze sobą to wszystko co opisałem – nie sposób tego wyrazić słowami, a wciąż jeszcze wiele przed nami.

„Show Yourself” spowodował, że to wszystko wyglądało trochę jak „Harlem Shake”, po tym jak „Oblivion” wszystkich zaczarował tak, że ciała ich zamarły w bezruchu. Radiowy hicior z „Emperor’a” napompował znaczną część publiki do skakania i wesołej zabawy, w której sam z radością brałem udział. Akt pierwszy występu gigantów gatunku zamykał „Steam Breather” na który mocno już wczuty tłum, zareagował naprawdę żywo.
Niezauważalna prawie przerwa i na scenie pojawia się dodatkowy statyw z mikrofonem. Na deski progresji wkracza mityczna dla Mastodon postać Scott’a Kelly’ego. Gwiazdy tego wieczoru, wielokrotnie, w różnych miejscach, razem i każdy z osobna, podkreślają jak ogromne znaczenie dla nich, ich muzyki i powstania tego co tworzą jako zespół i dlatego że nigdy NIE PRZESTALI, miał ten niezwykle ceniony przez nich przyjaciel. Możliwość dostąpienia ich wspólnego występu, na którym zaprezentowali wszystkie utwory w których gościnnie się udzielał, była dla mnie prawdziwym zaszczytem. Wyjątkowa i niewykluczone, że niepowtarzalna okazja, żeby doświadczyć tego wymiaru Mastodon, który współtworzy Scott to był wiekopomny sztos. Prawdziwa petarda na koniec tego wszystkiego. Klimat przepełniony tajemnicą, zgłębianie przez muzyków sfer niedostępnych dotychczas dla odbiorców na żywo. Istna wspaniałość!

Na sam koniec, niezwykle ciepłe i miłe słowa ze sceny, w imieniu zespołu padły z ust Brann’a, co musiało prawdziwie rozanielić całe towarzystwo i sympatyczne „Smash Mouth – All Star” z głośników, podczas gdy ekipa technicznych żwawo rozpoczęła rozbiórkę na scenie. Bezcenne i absolutnie niezapomniane doznania.

Na koniec jak już musiałbym się do czegoś przyczepić to z brzmieniem były pewne problemy, momentami ruch na morzu dźwięku wzburzał się do tego stopnia, że w pewien trudny do wyjaśnienia sposób tłumił sam siebie, jakby zapadał się pod własnym ciężarem i dało się słyszeć, że walka o ten dźwięk trwała przez cały występ, zwłaszcza kiedy trzeba było ogarnąć kolejną gitarę i wokal Scott’a.

Dzięki Wszystkim którzy tam byli i w jakiejkolwiek formie przyczynili się do tego, że to wszystko stało się rzeczywistością. „Go for the moon” folks, and never fuckin’ ever stop! Love& Peace.

 

AUTOR: MARSHALL